ZE WSPOMNIEŃ EMERYTA. Z GRĄDÓW W WIELKI ŚWIAT, CZYLI SAMOLOTEM, POCIĄGIEM I Z PRZYGODAMI
Opowieść II.
Od koreańskich seriali do wilczego safari, czyli emeryt w pociągu i na tropie przyrody
O tym, jak przypadkowa znajomość w niemieckim pociągu zamieniła się w międzynarodową dyskusję o koreańskich serialach, jak puchacz omal nie pozbawił mnie resztek włosów, a cztery godziny w parku przyrodniczym uświadomiły mi, że emerycki kręgosłup ma swoje prawa.
Rozdział I. Biedronka Air odpada. Tym razem jedziemy koleją!
Drodzy Czytelnicy!
Pamiętacie moją poprzednią wyprawę do Elmshorn?
Tę, podczas której poleciałem do Hamburga liniami „Biedronka Air”, czyli poczciwym Ryanairem, a potem razem z moją kochaną Aneczką zwiedzałem prawdziwy niemiecki okręt podwodny w Laboe?
Tym razem postanowiłem zmienić środek transportu.
Żadnego samolotu!
Jedziemy pociągiem!
Powód był dość prozaiczny.
Bagaż!
Miałem sporo rzeczy, które chciałem przywieźć mojej córce. A jak wiadomo, tanie linie lotnicze mają pewną szczególną filozofię.
Pasażer może być całkiem spory.
Ale jego bagaż już niekoniecznie.
Najlepiej, żeby cały dobytek podróżnika zmieścił się w pudełku po butach.
A jeśli chciałby zabrać coś więcej?
Proszę bardzo!
Tylko niech wcześniej przygotuje odpowiednio zasobny portfel.
Uznałem więc, że tym razem zaufam kolejarzom. Najpierw naszym, polskim, z PKP Intercity, a potem niemieckim kolegom z Deutsche Bahn.
Poza tym podróże pociągiem mają jedną niezwykle cenną zaletę.
Można spotkać ciekawych ludzi!
I czasami odbyć rozmowę znacznie bardziej interesującą niż krajobrazy przesuwające się za oknem.
O czym miałem się niebawem przekonać.
Rozdział II. Berlin Hauptbahnhof, czyli pięć poziomów i jeden emeryt z walizką
Podróż przebiegała spokojnie.
W Warszawie Centralnej wsiadłem do pociągu jadącego do Berlina.
W moim przedziale podróżowała również pewna młoda dama.
Przez całą drogę nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa.
Bo przecież nie wypada starszemu panu nagabywać młodych kobiet tylko dlatego, że akurat ma ochotę pogawędzić.
Wyciągnąłem więc telefon, uruchomiłem audiobooka i oddałem się słuchaniu.
Kilometry mijały.
Pociąg jechał.
Wszystko było w najlepszym porządku.
Aż wreszcie dotarliśmy do Berlina.
BERLIN HAUPTBAHNHOF!
Czyli berliński dworzec główny.
Ale musicie wiedzieć, że to nie jest zwyczajny dworzec.
To prawdziwy kolejowy wielopiętrowiec!
Pociągi przyjeżdżają i odjeżdżają z różnych poziomów, a pasażerowie wędrują między nimi schodami, ruchomymi schodami i windami.
Ja przyjechałem na poziom oznaczony jako 2. Obergeschoss, czyli drugie piętro nad poziomem ulicy.
A mój następny pociąg, do Hamburga?
Oczywiście z poziomu 2. Untergeschoss!
Dwa piętra pod ziemią!
Cztery kondygnacje różnicy i wędrówka przez pięć poziomów dworca.
A przecież miałem całkiem pokaźny bagaż.
Zacząłem podejrzewać, że ktoś w Deutsche Bahn dowiedział się o mojej emeryturze i postanowił zatroszczyć się o moją kondycję fizyczną.
Bo przecież ruch to zdrowie!
Zwłaszcza z walizką.
Na szczęście udało mi się dotrzeć na właściwy peron.
Rozejrzałem się.
I nagle...
Znajoma twarz!
Ta sama młoda dama, z którą przez całą drogę z Warszawy nie zamieniłem ani jednego zdania!
Okazało się, że również wybiera się do Hamburga.
Tym razem na naszych twarzach pojawiły się uśmiechy.
I rozpoczęła się rozmowa.
Nie przypuszczałem jeszcze, że będzie to jedna z najciekawszych znajomości podczas moich kolejowych podróży.
Rozdział III. Polka z Bolonii, Korea i Einstein, który nie zdążyłby z wyjaśnieniem
Moja nowa znajoma okazała się Polką.
Ale nie byle jaką!
Otóż jako dziecko wyjechała z rodzicami do Włoch, gdzie dorastała, ukończyła szkoły, a następnie rozpoczęła studia na słynnym Uniwersytecie Bolońskim.
I właśnie tam dalej studiuje m.in ...
KULTURĘ KOREI!
No nie!
Czy można sobie wyobrazić szczęśliwszy zbieg okoliczności?
Siedzę w niemieckim pociągu, a naprzeciwko mnie znajduje się młoda specjalistka od kultury Korei Południowej!
Drodzy Czytelnicy!
Muszę Wam zdradzić, że w naszym domu od pewnego czasu panuje szczególna epidemia.
Wirus koreańskich seriali!
Zaraziły mnie nim moja ukochana żona oraz starsza córeczka.
I przyznaję, że jest to przypadłość wyjątkowo trudna do wyleczenia.
Objawy?
Człowiek włącza koreański serial na Netflixie albo Rakuten Viki.
Zamierza obejrzeć jeden odcinek.
Jeden!
A potem okazuje się, że obejrzał trzy albo cztery i zastanawia się, czy naprawdę musi już iść spać.
Bo przecież nie można zostawić bohaterów w tak dramatycznej sytuacji!
Trzeba koniecznie sprawdzić, czy się pogodzą.
Czy on wreszcie wyzna jej miłość.
Czy ona odkryje jego tajemnicę.
I dlaczego w koreańskich serialach nawet zwykłe spotkanie przy kawie potrafi zamienić się w wydarzenie o niemal historycznym znaczeniu.
Tak oto znalazłem się w gronie miłośników południowokoreańskiej kinematografii telewizyjnej.
A na swoim koncie miałem już kilkanaście obejrzanych seriali!
I kiedy moja współpasażerka wspomniała o swoich studiach...
ROZMOWA EKSPLODOWAŁA!
Korea!
Koreańska kultura!
Aktorzy!
Aktorki!
Seriale!
Fabuły!
Wątki romantyczne, historyczne i obyczajowe!
Dziewczyna była znakomicie zorientowana w temacie.
Co zrozumiałe, skoro również na studiach zajmowała się kulturą Korei.
Ale ja też nie zamierzałem łatwo oddawać pola.
Zaczęliśmy wymieniać tytuły, nazwiska aktorów i ulubione historie.
Sam zdziwiłem się, ile tego wszystkiego zapamiętałem!
A moja młoda rozmówczyni?
Była wyraźnie zaskoczona.
Przyznała, że zupełnie nie spodziewała się po starszym panu tak dobrej znajomości koreańskich seriali.
No cóż.
Nie należy oceniać człowieka po siwej brodzie!
Ani po wieku.
Bo zainteresowania nie mają przecież metryki.
A podczas naszej rozmowy odkryliśmy jeszcze jedną ciekawą zbieżność.
Otóż moja młoda rozmówczyni kilka lat wcześniej odwiedziła Koreę Południową.
No proszę!
Przecież ja również tam byłem!
I to całkiem niedawno, bo w 2024 roku, kiedy podczas dalekowschodniej wyprawy miałem okazję odwiedzić zarówno Koreę Południową, jak i Japonię.
Tak więc oprócz zamiłowania do koreańskich seriali łączyło nas również doświadczenie podróżowania po tym fascynującym kraju.
Nie pamiętam już dokładnie wszystkich szczegółów naszej rozmowy. Pamiętam za to doskonale, jak niezwykłe wydało mi się to spotkanie.
Ona, młoda Polka studiująca we Włoszech.
Ja, emeryt z niewielkich Grądów.
Oboje odwiedziliśmy Koreę Południową.
A spotkaliśmy się przypadkiem w niemieckim pociągu, żeby rozmawiać o koreańskich serialach!
A potem wydarzyło się coś jeszcze dziwniejszego.
Otóż podróż z Berlina do Hamburga miała trwać mniej więcej dwie godziny.
Dwie godziny!
A mnie wydało się, że minęło zaledwie kilkanaście minut.
Rozmowa była tak interesująca, że zupełnie przestałem zwracać uwagę na mijające krajobrazy.
Kolejne stacje?
Nieistotne!
Prędkość pociągu?
Kogo to obchodzi!
Najważniejsze było to, o czym właśnie rozmawialiśmy.
I nagle...
HAMBURG!
Co?!
Już?!
Jak to możliwe?!
Przecież dopiero zaczęliśmy!
Tyle tematów pozostało jeszcze do omówienia!
A tutaj niemiecki pociąg postanowił dotrzeć do celu.
Co za nietakt!
Przypomniał mi się Pan Niemiec Albert Einstein i jego słynna teoria względności.
Oczywiście wiem, że pod żadnym względem fizycznym, ani ogólna, ani szczególna teoria względności nie wyjaśnia psychologicznego poczucia upływu czasu.
Ale sami przyznajcie. Dziwne to skojarzenie.
Coś w tym musi być!
Bo kiedy człowiek siedzi w poczekalni u dentysty, pięć minut potrafi trwać całą wieczność.
A kiedy rozmawia z kimś ciekawym o wspólnej pasji, dwie godziny znikają niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Zegarek odmierza sekundy.
Minuta nadal ma sześćdziesiąt sekund.
Tylko nasz wewnętrzny zegar najwyraźniej pracuje według własnego rozkładu jazdy.
I to zupełnie niezależnego od Deutsche Bahn!
Niestety, trzeba było kończyć.
Serdecznie podziękowaliśmy sobie za rozmowę.
Pożegnaliśmy się.
I każdy ruszył w swoją stronę.
Przyznam, że zrobiło mi się trochę żal.
Bo oto przypadkowe spotkanie zamieniło zwyczajną podróż w piękne wspomnienie.
I właśnie dlatego lubię pociągi.
Dają czas na poznanie drugiego człowieka.
A czasami pozwalają odkryć, że z kimś zupełnie obcym łączy nas zaskakująco wiele.
Rozdział IV. Elmshorn i tysiąc milimetrów fotograficznej potęgi
Hamburg Hauptbahnhof.
Koniec dalekobieżnej podróży.
Ale jeszcze nie koniec wyprawy!
Pozostała przesiadka na lokalny pociąg do Elmshorn.
Kolejne około czterdzieści minut jazdy.
I wreszcie...
ELMSHORN!
A tam?
Moja kochana Aneczka!
Czyli wszystko, co najważniejsze.
Bo choć bardzo lubię podróżować, oglądać ciekawe miejsca i poznawać nowych ludzi, to główny cel tych wszystkich wypraw pozostaje niezmienny.
Odwiedziny u ukochanego dziecka.
Anna, jak zwykle, przyjęła mnie z ogromną serdecznością.
Ciepło.
Spokój.
Gościnność na najwyższym poziomie.
I ta szczególna przyjemność, kiedy człowiek jest daleko od własnego domu, ale również czuje się jak u siebie.
Bo jest u swojej córki.
Tym razem zaplanowaliśmy pobyt kilkudniowy.
A jedną z głównych atrakcji miała być wycieczka do ulubionego miejsca Anny.
WILDPARK EEKHOLT!
To park dzikiej przyrody położony niedaleko Großenaspe, w niemieckim Szlezwiku Holsztynie.
Nie jest typowym ogrodem zoologicznym, w którym człowiek przechodzi od klatki do klatki, podziwiając egzotyczne zwierzęta z najodleglejszych zakątków świata.
Tutaj pomysł jest nieco inny.
Pokazać zwierzęta żyjące w naszej części Europy, w otoczeniu możliwie zbliżonym do ich naturalnego środowiska.
Park powstał w 1970 roku.
Zajmuje około 67 hektarów, a mieszka w nim ponad 700 zwierząt reprezentujących mniej więcej 100 gatunków.
Siedemset!
To już całkiem pokaźna społeczność.
A wszystko wśród lasów, łąk, mokradeł i pięknych terenów przyrodniczych.
Tylko że moja córeczka przygotowała się do zwiedzania tak, jakbyśmy wybierali się na afrykańskie safari!
Aparat Fujifilm.
Monopod, czyli jednonożny statyw.
Potężny teleobiektyw o ogniskowej 500 mm.
I jeszcze dwukrotny telekonwerter!
RAZEM TYSIĄC MILIMETRÓW OGNISKOWEJ!
Oto fotograficzne działo mojej Aneczki. Tysiąc milimetrów ogniskowej! Przy takim sprzęcie nawet wilk nie musi podchodzić do zdjęcia legitymacyjnego.
Drodzy Czytelnicy!
To już nie był zwyczajny aparat fotograficzny.
To było niemal działo dalekiego zasięgu!
Pomyślałem sobie, że przy takim sprzęcie Aneczka będzie mogła robić jeleniom zdjęcia legitymacyjne, nie ruszając się z przeciwległego końca wybiegu.
A wilkom?
Chyba nawet fotografować pojedyncze włoski na wąsach!
Ja reprezentowałem nieco skromniejszą szkołę fotografii przyrodniczej.
Miałem iPhone'a 13 oraz Motorolę Edge 60 Fusion z aparatem 50 megapikseli.
Całkiem porządny sprzęt.
Ale przy arsenale Aneczki wyglądałem trochę jak człowiek, który na zawody strzeleckie z karabinów wyborowych przyniósł procę.
No cóż.
Najważniejsze to mieć dobre oko!
A poza tym telefon ma pewną ogromną zaletę.
Można go schować do kieszeni.
Spróbujcie zrobić to samo z teleobiektywem o ogniskowej pół metra!
Ruszyliśmy więc na spotkanie z przyrodą.
Anna pełna energii.
Ja również.
Przynajmniej na początku.
Bo jeszcze nie wiedziałem, co mnie czeka.
Rozdział V. Puchacz, czyli nalot na emeryta
Na samym początku zwiedzania mieliśmy wyjątkowe szczęście.
Trafiliśmy na pokaz lotów ptaków drapieżnych i sów!
Wydzielona przestrzeń, ławeczki dla publiczności, panie sokolniczki i ich niezwykli podopieczni.
A nad naszymi głowami miały przelatywać prawdziwe ptasie drapieżniki.
No i zaczęło się przedstawienie!
Sokoły!
Sowy!
Rozmaite skrzydlate wynalazki, wyposażone przez naturę w ostre szpony, znakomity wzrok i umiejętności lotnicze, których mógłby im pozazdrościć niejeden pilot.
Sokolniczki wydawały polecenia, a ptaki wykonywały kolejne przeloty.
Przyznam, że robiło to ogromne wrażenie.
Wśród tych skrzydlatych artystów znalazł się również piękny puszczyk mszarny.
Aneczce udało się uchwycić moment, kiedy ptak startował z rękawicy jednej z pań sokolniczek.
Spójrzcie tylko na te ogromne skrzydła!
Puszczyk mszarny startuje z rękawicy pani sokolniczki. Jeszcze chwila i rozpocznie prawdziwy pokaz ptasiej sztuki lotniczej!
Oczywiście szybko zauważyłem, że ta piękna współpraca opierała się na pewnym sprawdzonym systemie motywacyjnym.
ŁAPÓWKACH!
Mięsnych!
Bo za dobrze wykonane zadanie ptaszor otrzymywał smaczny kąsek.
I nagle pomyślałem sobie, że w świecie zwierząt niektóre metody zarządzania są zadziwiająco podobne do ludzkich.
Tyle że tutaj wszystko odbywało się legalnie.
I bez konieczności wypełniania formularzy!
Siedzieliśmy grzecznie na ławkach, a ptaki przelatywały nad nami.
Raz z przodu.
Raz od tyłu.
Aż nagle przyszła kolej na...
PUCHACZA!
Ogromną sowę o imponujących skrzydłach i spojrzeniu, które mogłoby zawstydzić najbardziej surowego nauczyciela.
Ptaszysko ruszyło w naszym kierunku.
I nagle zorientowałem się, że jego plan lotu prowadzi dokładnie nad moją głową!
Tuż nad nią!
Tak nisko, że odruchowo się schyliłem!
O, przepraszam bardzo!
Ja tutaj przyszedłem podziwiać przyrodę, a nie uczestniczyć w nalocie lotniczym!
Puchacz przemknął nade mną z godnością maszyny bojowej, a ja przez chwilę zastanawiałem się, czy wszystkie włosy pozostały na swoim miejscu.
Na szczęście nic mi się nie stało.
Zresztą przy mojej fryzurze ewentualne straty nie byłyby szczególnie wielkie.
To dopiero było wejście smoka!
A właściwie puchacza.
Przy okazji Aneczka opowiedziała mi zabawną historię ze swojej wcześniejszej wizyty w Eekholt.
Otóż podczas podobnego pokazu dwie sowy najwyraźniej uznały, że mają dość występów artystycznych.
I postanowiły zrobić sobie przerwę.
Poleciały na pobliską polankę za laskiem i zignorowały wezwania sokolniczek.
Mięsne zachęty?
Nic z tego!
Panie mogły sobie nawoływać.
Sowy miały własne plany.
Podobno trzeba było czekać na nie około dwóch godzin.
Dopiero potem łaskawie wróciły.
Wyobrażam sobie miny ich opiekunek.
To trochę tak, jakby podczas przedstawienia teatralnego dwóch głównych aktorów opuściło scenę i oznajmiło:
„My teraz mamy przerwę. Nie wiemy, kiedy wrócimy”.
A widownia niech sobie czeka!
Na szczęście podczas naszego pokazu wszystkie ptaki wykazały znacznie większą dyscyplinę.
Chociaż puchacz, moim zdaniem, mógłby zachować nieco większy odstęp od głów emerytów.
Rozdział VI. A nocą, w Grądach, ktoś pohukuje...
A tak przy okazji powiem jeszcze, że jedna z pań sokolniczek zdradziła nam niezwykle ciekawą rzecz.
Otóż podobno po kolorze oczu sowy można w przybliżeniu rozpoznać, kiedy najchętniej poluje!
Sowy o żółtych oczach częściej bywają aktywne za dnia, te z pomarańczowymi oczami często polują o zmierzchu i świcie, natomiast posiadaczki niemal czarnych oczu preferują nocne łowy.
No proszę!
Sowie oczy jako naturalny zegar biologiczny!
Oczywiście przyroda nie jest aż tak uporządkowana, żeby każda sowa bez wyjątku przestrzegała takiego rozkładu zajęć.
Ale pewna zależność rzeczywiście istnieje.
I pomyślałem sobie, że człowiek całe życie ogląda te piękne ptaszyska, a dopiero teraz dowiaduje się, iż ich spojrzenie może zdradzać coś więcej niż tylko zainteresowanie obiadem.
A najbardziej rozbawiło mnie to, że później, już w Grądach, sam miałem okazję usłyszeć nocnego łowcę o niemal czarnych oczach.
A konkretnie w tym temacie, przypomniały mi się dwie niezwykłe sierpniowe noce w moich ukochanych Grądach.
Pierwsza miała miejsce 15 sierpnia 2026 roku, o godzinie 23:25.
Cisza.
Spokój.
Większość porządnych ludzi zapewne już spała.
A tu nagle, gdzieś niedaleko naszego domu, rozległo się charakterystyczne pohukiwanie.
SOWA!
Wstałem więc cichutko, żeby nie pobudzić domowników, sięgnąłem po iPhone'a i uruchomiłem aplikację Merlin Bird ID.
To taki elektroniczny ornitolog, który pomaga rozpoznawać ptaki po wydawanych przez nie głosach.
Nadstawiłem uszu.
Uruchomiłem nagrywanie.
I po chwili na ekranie pojawiła się nazwa:
TAWNY OWL!
No proszę!
Tylko co to właściwie za ptaszysko?
Sprawdziłem.
PUSZCZYK ZWYCZAJNY!
Nie puchacz, którego podziwiałem w niemieckim Eekholt, lecz jego mniejszy krewniak.
Prawdziwy mieszkaniec naszych lasów i parków.
I na tym historia wcale się nie skończyła.
Bo sześć dni później, 21 sierpnia 2026 roku o godzinie 23:43, znowu usłyszałem podobne nocne nawoływanie.
Znowu telefon.
Znowu Merlin Bird ID.
I ponownie na ekranie:
TAWNY OWL!
Obie obserwacje aplikacja zapisała w lokalizacji Rybno, województwo warmińsko mazurskie, czyli w naszej okolicy.
No to pięknie!
Wygląda na to, że niedaleko mojego domu odbywały się prawdziwe nocne koncerty.
Nie wiem, czy odzywał się ten sam puszczyk, czy może dwa różne ptaki.
Nie wiem również, czy zadomowiły się w naszym lesie.
Aplikacja daje cenną wskazówkę, ale przecież nie zastępuje dokładnej obserwacji ornitologicznej.
Puszczyk zwyczajny, czyli Tawny Owl. Właśnie taki gatunek dwukrotnie rozpoznał mój elektroniczny ornitolog podczas sierpniowych nocnych koncertów w Grądach. Zdjęcie przedstawia gatunek, niekoniecznie naszego tajemniczego śpiewaka.
Zacząłem się nawet zastanawiać, czy przypadkiem moje trzy podwórkowe koty nie zainteresowały tego nocnego gościa.
Ale zaraz sam siebie uspokoiłem.
Puszczyk to przecież nie puchacz. Na dorosłego rudego Misia raczej się nie porwie.
Zwłaszcza że Miś sam wygląda na osobnika, z którym lepiej nie zaczynać awantury.
Bardziej martwiło mnie coś innego.
Czy moje futrzaste darmozjady nie wyłapały już przypadkiem wszystkich myszy w okolicy?
Bo jeśli tak, to biedny puszczyk może uznać, że w Grądach nie ma czego szukać!
Na szczęście te ptaki mają dość urozmaicony jadłospis, a myszy i nornice potrafią się skutecznie ukrywać nawet przed kotami.
Pozostaje więc mieć nadzieję, że nasz nocny śpiewak znajdzie w pobliskim lesie odpowiednie warunki do życia.
A ja?
Ja nie mam nic przeciwko jego koncertom.
Nawet tuż przed północą!
Bo pomyślcie tylko.
Żeby spotkać ogromnego puchacza, musiałem pojechać aż do niemieckiego Wildpark Eekholt.
A tymczasem jego mniejszy krewniak sam postanowił wystąpić niemal pod moim oknem.
I to dwukrotnie!
Bez biletu.
Bez rezerwacji.
I bez konieczności czterogodzinnego marszu po parku!
Taką ofertę kulturalną to ja rozumiem!
Rozdział VII. Park Jurajski, czyli jelenie zamiast dinozaurów
Ale wracajmy do Wildpark Eekholt.
Kolejną wielką atrakcją okazały się rozległe tereny zamieszkane przez jeleniowate.
Ależ to był widok!
Ogromne przestrzenie, a na nich całe stada zwierząt.
Nie pojedynczy jeleń gdzieś między drzewami.
Nie dwie łanie stojące przy ogrodzeniu.
Całe chmary!
Zwierzęta przemieszczały się grupami po swoim rozległym terytorium.
Patrzyłem na nie i nagle przypomniał mi się film „Park Jurajski”.
Pamiętacie te sceny, kiedy bohaterowie po raz pierwszy widzą ogromne stada roślinożernych dinozaurów?
Otóż tutaj poczułem coś podobnego.
No dobrze!
Może trochę przesadzam.
Jelenie nie są jednak brachiozaurami.
I na szczęście nie trzeba było obawiać się, że zza pobliskiego drzewa wyskoczy tyranozaur.
Ale wyobraźnia zrobiła swoje.
Tak wygląda prawdziwa chmara jeleni, a właściwie jej mniejszy fragment przy wodzie w Wildpark Eekholt. Nic dziwnego, że przypomniał mi się Park Jurajski. Brakuje tylko brachiozaurów!
A do tego wszystkiego rozlegały się niesamowite odgłosy!
RYKI JELENI!
Potężne, donośne, niosące się nad całą okolicą.
Wyglądało na to, że zwierzęta przeżywały właśnie okres godowych zalotów.
Panowie jelenie najwyraźniej postanowili zaimponować paniom łaniom.
I czynili to w sposób, którego trudno było nie zauważyć.
Przyznam, że widowisko było fantastyczne.
Proszę państwa, oto solista! Byk jelenia podczas rykowiska. Koncert bez mikrofonu, nagłośnienia i sprzedaży biletów. A słychać go znakomicie!
Aneczka miała co fotografować.
Jej tysiącmilimetrowe działo pracowało pełną parą.
Ja również robiłem zdjęcia.
I od czasu do czasu z wdzięcznością przyjmowałem każdy moment, kiedy córka zatrzymywała się, żeby przygotować kolejne ujęcie.
Bo nasz spacer zaczął powoli przybierać charakter marszu długodystansowego.
Anna dysponowała niespożytymi siłami.
Ja natomiast coraz wyraźniej odczuwałem, że mój organizm pamięta jeszcze czasy, kiedy człowiek nie miał problemu z przejściem kilkunastu kilometrów.
Tyle że pamięć organizmu to jedno.
A jego aktualne możliwości to zupełnie inna historia!
Rozdział VIII. Borsuk, wilki i bociani obiad
I oto kolejna niespodzianka.
BORSUK!
Wspaniały, krępy zwierzak z charakterystycznymi czarno białymi pasami na głowie.
Zawsze miałem do borsuków szczególną sympatię.
Wyglądają trochę tak, jakby natura wyposażyła je w elegancką maskę i zaprojektowała do pracy na nocnej zmianie.
Ale ten osobnik był wyjątkowo towarzyski.
Podszedł niemal pod samo ogrodzenie!
Na jakieś pół metra od mojej twarzy!
Nigdy wcześniej nie miałem okazji oglądać borsuka z tak bliska.
Widziałem jego pyszczek, futro, ruchy i wszystkie szczegóły, które zazwyczaj umykają człowiekowi podczas przypadkowego spotkania z dzikim zwierzęciem.
A do tego dochodziła jeszcze pewna szczególna cecha.
ZAPACH!
Powiedzmy delikatnie, że nasz borsuk nie należał do zwierząt używających francuskich perfum.
Aromat miał zdecydowanie własny.
I trudno było go pomylić z Chanel numer 5.
Pan Borsuk we własnej osobie. Elegancka czarno biała maska, piękne futro i zapach, którego nie znajdziecie w żadnej perfumerii!
Najciekawsze jest jednak to, że nie było to moje pierwsze spotkanie z tym gatunkiem.
Otóż pewnego razu, u nas w Grądach, do karmnika naszych podwórkowych kotów przyszedł borsuk.
Najprawdziwszy!
I co zrobił?
Oczywiście zabrał się za jedzenie!
Bez pytania o zgodę.
Bez przedstawiania się.
Bez wykupienia abonamentu.
Po prostu przyszedł i zaczął opróżniać kocie miski.
A koty?
Te same, które potrafią urządzać między sobą awantury o pierwszeństwo przy karmniku?
Siedziały potulnie i obserwowały gościa.
Miałem nawet wrażenie, że boją się głośniej oddychać.
Najwyraźniej uznały, że dyskusja z borsukiem o prawach własności do suchej karmy nie jest najlepszym pomysłem.
Całą tę wizytę udało mi się nagrać telefonem.
Mam więc film dokumentujący spotkanie trzeciego stopnia przy grądeckim karmniku!
A teraz stałem sobie w niemieckim parku, patrzyłem na kolejnego borsuka i przypominałem sobie tamtego bezczelnego smakosza.
Świat jest naprawdę mały.
Zwłaszcza jeśli wszędzie można znaleźć coś do jedzenia!
Kolejnym niezwykłym przeżyciem było spotkanie z wilkami.
Ależ to są piękne zwierzęta!
Mieliśmy szczęście, ponieważ cała wilcza rodzina podeszła blisko miejsca, z którego można było ją obserwować.
Mogłem przyjrzeć się ich sylwetkom, ruchom, umaszczeniu i zachowaniu w grupie.
A przecież wilk od stuleci zajmuje szczególne miejsce w ludzkiej wyobraźni.
W bajkach bywa podstępnym łobuzem.
W opowieściach ludowych groźnym mieszkańcem lasu.
A w rzeczywistości jest niezwykle interesującym drapieżnikiem społecznym.
Tutaj miałem okazję zobaczyć wilki z bliska.
Bez strachu.
Bez pośpiechu.
I bez konieczności wypatrywania ich gdzieś w głębi grądeckiego lasu.
A wśród sfotografowanych mieszkańców wilczego wybiegu znalazł się również prawdziwy senior.
BALOU!
Stary wilk o pięknym, gęstym futrze i niezwykle dostojnym wyglądzie.
Leżał sobie spokojnie, a jego spojrzenie przyciągało uwagę.
Przyznam, że zrobił na mnie ogromne wrażenie.
Bo wilk to przecież nie tylko bohater bajek o Czerwonym Kapturku.
To piękne zwierzę, w którym jest jednocześnie siła, inteligencja i coś niezwykle tajemniczego.
A Balou?
Wyglądał, jakby niejedno już w życiu widział i nie zamierzał przejmować się kolejną wizytą polskiego emeryta z aparatem.
Ot, zwyczajny dzień starego wilka.
Goście przychodzą.
Goście odchodzą.
A on pozostaje.
Dostojny jak prawdziwy senior.
Balou, stary wilk z Wildpark Eekholt. Spokojny, dostojny i niezwykle piękny. W jego spojrzeniu jest coś, co każe człowiekowi na chwilę zamilknąć.
Potem przyszła kolej na coś znacznie bardziej znajomego.
BOCIANY!
No i co w tym niezwykłego?
Przecież w naszych Grądach, przy wjeździe do miejscowości, również mamy bocianie gniazdo.
Bociany to dla nas niemal sąsiedzi.
Ale w Eekholt zobaczyłem coś, czego wcześniej nie obserwowałem z tak bliska.
Karmienie bocianów.
I tutaj nieco mnie zaskoczyło menu.
Otóż podawano im małe, martwe pisklęta kurcząt.
Tak, tak!
Nie żadne kapuściane liście.
Nie bułeczki.
Nie kaszkę.
Tylko pokarm pochodzenia zwierzęcego.
Przyznam, że dla osób o delikatniejszych nerwach nie był to szczególnie apetyczny widok.
Ale przecież bocian jest mięsożercą.
A przyroda nie zawsze wygląda tak sympatycznie, jak przedstawiają ją książeczki dla dzieci.
Bocian stojący na jednej nodze w gnieździe wygląda poczciwie.
Ale kiedy przychodzi pora obiadu, okazuje się całkiem skutecznym drapieżnikiem.
Bociani obiad w Wildpark Eekholt. Dla osób o mocniejszych nerwach. Jak widać, bociany mają nieco inne upodobania kulinarne niż autor, który zdecydowanie woli bratwursta!
Cóż.
Każdy ma własne upodobania kulinarne.
Ja wolę bratwursta.
Bocian najwyraźniej ma inne zdanie.
I nie zamierzam z nim na ten temat dyskutować!
Rozdział IX. Cztery godziny marszu i orzeł, który miał coś do powiedzenia
Drodzy Czytelnicy!
Mógłbym tak opowiadać jeszcze długo.
Bo Wildpark Eekholt naprawdę zrobił na mnie ogromne wrażenie.
Nie było tutaj lwów, tygrysów ani słoni.
Były za to zwierzęta, które żyją również w naszej części Europy, choć w naturalnym środowisku niełatwo je obserwować.
Bo spróbujcie zobaczyć z bliska wilczą rodzinę podczas zwykłego spaceru po lesie!
Albo borsuka, który łaskawie podejdzie na pół metra od człowieka!
Tymczasem tutaj można było spokojnie przyjrzeć się mieszkańcom naszych lasów, pól i mokradeł.
Ale wszystko ma swoją cenę.
A moja cena zaczęła być odczuwalna po ponad czterech godzinach zwiedzania.
CZTERY GODZINY!
Przeszliśmy wszystkie zaplanowane stanowiska.
Zobaczyliśmy mnóstwo zwierząt.
Zrobiliśmy niezliczoną liczbę zdjęć.
A mój kręgosłup?
Podejrzewam, że skrócił się co najmniej o pięć centymetrów!
Nogi również zaczęły wysyłać bardzo stanowcze komunikaty.
Mniej więcej takie:
„Szanowny właścicielu! Informujemy, że dalsze użytkowanie kończyn dolnych bez odpoczynku może skutkować natychmiastowym wstrzymaniem świadczenia usług”.
Aneczka natomiast wyglądała tak, jakby dopiero zaczynała spacer!
Skąd ona bierze tyle energii?
Nie wiem.
Może to kwestia wieku.
Może kondycji.
A może ten wielki obiektyw fotograficzny służy jej również jako magazyn dodatkowych sił witalnych?
W każdym razie starałem się dzielnie dotrzymywać kroku.
Nie chciałem przecież przynieść wstydu polskim emerytom!
Na szczęście córka często zatrzymywała się, żeby zrobić zdjęcie.
A każde takie zatrzymanie było dla mnie okazją do dyskretnego odpoczynku.
I wreszcie znaleźliśmy ławeczkę.
Ach, jaka to była przyjemność!
Usiąść!
Wyprostować nogi!
Dać odpocząć kręgosłupowi!
A tuż obok znajdowała się ogromna woliera z dwoma imponującymi orłami.
Jeden z nich prezentował się wyjątkowo dostojnie.
Spojrzenie godne monarchy.
Potężny dziób.
Postawa, która nie pozostawiała wątpliwości, że mamy przed sobą prawdziwego króla przestworzy.
Dostojny mieszkaniec ogromnej woliery. Spojrzenie godne monarchy, potężny dziób i postawa, która nie pozostawia wątpliwości, kto tutaj rządzi.
Ale jego sąsiad najwyraźniej postanowił urządzić nam koncert.
I to jaki!
DARŁ SIĘ NIEMIŁOSIERNIE!
Nie wiem, co próbował zakomunikować.
Może domagał się obiadu?
Może był niezadowolony z obsługi?
A może wypatrzył piękną orlicę w sąsiedniej wolierze i próbował umówić się na randkę?
W każdym razie miał sporo do powiedzenia.
I robił to tak donośnie, że miałem wrażenie, iż słychać go nawet na drugim końcu parku.
A oto nasz ptasi gaduła! Nie wiem, czy domagał się obiadu, czy zapraszał sąsiadkę na randkę. Wiem tylko, że miał bardzo dużo do powiedzenia i najwyraźniej chciał, żeby usłyszał go cały park!
Patrzyłem na tego ptasiego awanturnika i pomyślałem sobie, że niektóre stworzenia naprawdę lubią mieć ostatnie słowo.
Zresztą znam takich również wśród ludzi.
Ale nie będę wskazywał palcem.
Bo jeszcze ktoś się obrazi.
Rozdział X. Kijanka, azjatycki sklep i japoński eliksir długowieczności
W końcu nadszedł czas powrotu.
Pożegnaliśmy mieszkańców Wildpark Eekholt.
Ja pożegnałem również ławeczkę, z którą zdążyłem nawiązać wyjątkowo serdeczną znajomość.
I ruszyliśmy do samochodu.
KIJANKA!
Nigdy bym nie przypuszczał, że widok maleńkiej KIA Picanto sprawi mi aż tak wielką radość.
A jednak!
Bo po czterech godzinach marszu nawet ciasny fotel pasażera może wyglądać jak luksusowa kanapa.
Odsunąłem go więc maksymalnie do tyłu.
Ulokowałem swoje zmęczone ciało.
I byliśmy gotowi do powrotu do Elmshorn.
Ale przygody tego dnia jeszcze się nie skończyły.
Po drodze zatrzymaliśmy się bowiem w nowo otwartym sklepie z azjatycką żywnością.
A dlaczego nie?
Przecież ja od dawna przejawiam szczególne zainteresowanie kuchnią Dalekiego Wschodu.
I właśnie tam znalazłem coś dla siebie.
ZUPĘ MISO!
A dokładniej gotowy zestaw do przygotowania japońskiej zupy miso.
W środku pasta miso, suszone glony wakame, drobne kawałeczki tofu i pozostałe dodatki.
Przygotowanie?
Bajecznie proste!
Wsypać zawartość do kubka.
Zalać gorącą wodą.
Wymieszać.
I gotowe!
Żadnego wielogodzinnego gotowania.
Żadnego pilnowania garnków.
Po prostu kilka chwil i można delektować się pyszną, wytrawną zupką.
I zdradzę Wam pewien szczegół.
Właśnie taką zupę popijam sobie teraz, kiedy piszę to opowiadanie!
Tak, tak!
Siedzę w moich ukochanych Grądach, wspominam wyprawę do Wildpark Eekholt i raczę się japońskim przysmakiem przywiezionym z Niemiec.
Podobno Japończycy bardzo lubią zupę miso i często jedzą ją na śniadanie.
A przy tym słyną z długowieczności.
Nie twierdzę oczywiście, że to wszystko zasługa tej jednej zupki.
Ale przyznajcie sami, miło pomyśleć, że człowiek może połączyć dobry smak z przyjemnym codziennym rytuałem.
Choć dla porządku dodam, że miso bywa dość słone, więc nawet z tym przysmakiem nie warto przesadzać.
A teraz wyobraźcie sobie...
Jeśli dzięki regularnemu piciu miso miałbym dożyć stu lat, to całkiem nieźle.
Ale ja nie jestem zachłanny.
Mogę żyć nawet dwieście!
Byle tylko zdrowie dopisywało, córeczki zapraszały na kolejne wyprawy, a Osiełek nadal chciał jeździć.
No i żeby nogi pozwalały przejść więcej niż cztery godziny po parku.
Bo przecież mam jeszcze tyle miejsc do zobaczenia!
Epilog. Najważniejsze jest to, z kim podróżujemy
I tak oto zakończyła się kolejna moja wyprawa do Elmshorn.
Zaczęła się w pociągu, od niezwykłej rozmowy z młodą Polką studiującą kulturę Korei we Włoszech.
Potem była radość ze spotkania z moją kochaną Aneczką.
A następnie wspólna wycieczka do Wildpark Eekholt.
Ale wiecie co?
Kiedy dzisiaj o tym wszystkim myślę, dochodzę do pewnego prostego wniosku.
Można podróżować daleko.
Można odwiedzać niezwykłe miejsca.
Można robić tysiące zdjęć.
I można odkrywać tajemnice przyrody nawet pod własnym oknem.
Ale najważniejsze pozostaje to, z kim dzielimy te wszystkie wrażenia.
Bo ja miałem szczęście.
Spotkałem w pociągu niezwykle interesującą młodą osobę, a potem spędziłem kolejny piękny dzień z moją ukochaną córką.
I to właśnie takie chwile zostają w pamięci najdłużej.
Choć przyznam, że podczas ewentualnej następnej wizyty w Eekholt wprowadziłbym jedną drobną zmianę organizacyjną.
Więcej ławeczek!
Najlepiej rozmieszczonych co sto metrów.
Bo pasja pasją, miłość do przyrody miłością do przyrody, ale kręgosłup emeryta również ma swoje prawa!
A teraz wybaczcie.
Moja zupa miso właśnie stygnie.
Na zdrowie i do następnej przygody!
Serdecznie pozdrawiam z moich ukochanych Grądów, emeryt, miłośnik koreańskich seriali, zwierząt i japońskiej zupy, który właśnie odkrył, że podróżowanie koleją może być równie fascynujące jak jazda dziewięćdziesiątką na tempomacie.
CIĄG DALSZY PEWNIE KIEDYŚ NASTĄPI!
UWAGA: Praktycznie wszystkie zamieszczone fotografie wykonała moja córka Aneczka. Jedno z zamieszczonych zdjęć tj. "chmarę jeleni" zrobiłem ja sam moją Motką Edge 60.
















Komentarze
Prześlij komentarz