Wojtek. Król kotów


Grądecki doktor Dolittle! Czyli historia o pewnym gościu, który skorumpował moje trzy koty.

Czyli o tym, jak pewien sąsiad z Grądów przejął władzę nad trzema nieufnymi futrzakami, a ich dotychczasowy opiekun dowiedział się, ile warta jest kocia wdzięczność.

Drodzy Czytelnicy!

Mam tutaj, w moich ukochanych Grądach, pewnego bardzo sympatycznego sąsiada.

Ma na imię Wojtek.

Mieszka ze swoją śliczną partnerką w domku nad samym jeziorem Grądy. Miejsce piękne, spokojne, otoczone przyrodą. Czegóż chcieć więcej?

Otóż Wojtek najwyraźniej uznał, że do pełni szczęścia potrzebuje jeszcze zwierząt.

Najlepiej kota!

I to nie jednego.

Nie dwóch.

Najchętniej wszystkich, jakie tylko znajdują się w promieniu kilku kilometrów.

Bo musicie wiedzieć, że Wojtek ma pewną szczególną cechę.

Ten człowiek kocha koty!

Ja również je lubię. I to bardzo.

Stali Czytelnicy „Moich Grądów” znają już przecież historię naszej perskiej księżniczki Kiany. A oprócz niej na mojej posesji pomieszkują jeszcze trzy kocie przybłędy, o których dotychczas niewiele opowiadałem.

Ale Wojtek?

Ho, ho!

Moja słabość do kotów, pomnożona przez dziesięć, a może nawet dwadzieścia, daje dopiero przybliżony obraz jego uczucia do tych zwierzaków.

On jest na punkcie kotów zakręcony jak korkociąg!

W domu mieszkają z nim dwa futrzaki, a na jego posesji regularnie stołują się jeszcze trzy inne. Do tego dochodzą rozmaite kocie wolne elektrony, które pojawiają się ze wsi, tzw. rezydenci.

Na ten przykład ten rudy Donek,

Urocza i powabna Zuza,

Tajemniczy i wiecznie głodny Rezydent nr 00234,

Smakosz uklejek i rybich podrobów Rezydent nr 00017.

Przyjdą, zjedzą, rozejrzą się i zdecydują, czy warto zostać na dłużej.

A warto!

Bo Wojtek jest znakomitym gospodarzem.

I właśnie tutaj dochodzimy do sedna naszej opowieści.

Rozdział I. Trzy sieroty i jeden naiwny opiekun

Jak już wspomniałem, na mojej posesji mieszkają trzy kocie przybłędy.

Każde z nich ma swoją historię, charakter i własne wyobrażenie o tym, jak powinien wyglądać idealny człowiek.

Przedstawmy więc tę szacowną kompanię.

Pierwszy — Miś.

Rudy kocur z naderwanym uchem.

Kot po przejściach.

Żaden tam wypielęgnowany salonowy pieszczoch, który od rana domaga się głaskania po brzuszku.

O nie!

Miś wygląda jak osobnik, który w swoim życiu stoczył już niejedną bitwę.

A sądząc po uchu, nie wszystkie zakończyły się jego zwycięstwem.

Jest nerwowy, nieufny i potrafi użyć pazurów, jeśli człowiek przekroczy granicę jego osobistej nietykalności.

Krótko mówiąc — trzeba uważać.

Druga — Tola.

Piękna kotka o biało-szarym umaszczeniu, przypominającym trochę łaciatą krówkę.

Ale nie dajcie się zwieść temu uroczemu wyglądowi!

Tola to prawdziwa szefowa całej grupy.

Nie musi nikomu niczego udowadniać.

Wystarczy, że usiądzie nieco z boku, przyjrzy się sytuacji i podejmie decyzję.

Czy podejść?

Czy zjeść?

Czy pozwolić człowiekowi zbliżyć się na odległość kilku metrów?

Najczęściej wybierała tę ostatnią możliwość.

O głaskaniu można było zapomnieć.

I wreszcie trzecia — Tosca, czyli Tosia.

Czarna jak noc.

Z przepiękną, lśniącą sierścią.

Płochliwa, nieufna i, niestety, niezbyt mile widziana przez pozostałych członków kociej społeczności.

I tutaj muszę Wam opowiedzieć coś niezwykle ciekawego.

Otóż Tosia nie jest pierwszą czarną kotką, która pojawiła się na naszej posesji.

Mniej więcej rok wcześniej przybłąkała się do nas inna koteczka. Malutka, drobniutka, również czarna. Nazwaliśmy ją wtedy Tosią.

I wiecie co?

Pozostałe koty nie były wobec niej szczególnie gościnne. Często musiała poczekać, aż reszta towarzystwa skończy posiłek, zanim mogła spokojnie podejść do karmnika.

Pomyślałem wtedy, że to zapewne zwyczajne kocie porachunki. Takie ich własne, niezrozumiałe dla nas zasady.

Niestety, los nie pozwolił tej maleńkiej czarnulce zostać z nami na dłużej. Pozostało po niej jednak ciepłe wspomnienie i imię — Tosia.

Kiedy więc jakiś czas później pojawiła się kolejna czarna koteczka, postanowiliśmy nazwać ją właśnie Tosią, na pamiątkę jej poprzedniczki.

I wyobraźcie sobie, że historia zaczęła się powtarzać! Znowu czarna kotka.

Znowu niechęć pozostałych.

Znowu czekanie, aż inni się najedzą, żeby można było podejść do miski.

A przecież na naszej posesji pojawiały się także inne obce koty. Rude, łaciate, pręgowane. I jakoś potrafiły znaleźć wspólny język z miejscową społecznością.

Oczywiście zdarzały się awantury, zwłaszcza kiedy jakiś obcy kocur postanawiał objąć władzę nad całym terytorium.

Ale dwie czarne Tosie?

Obie spotkały się z wyjątkowo chłodnym przyjęciem.

I zacząłem się zastanawiać...

Czyżby wśród kotów również istniały jakieś uprzedzenia?

Czyżby moje futrzaki były kocimi rasistami?!

Wiem, wiem!

Zabrzmiało to niedorzecznie.

Przecież nie można tak po prostu przypisywać zwierzętom ludzkich uprzedzeń.

Może chodziło o zapach?

Może o zachowanie obu kotek?

A może o jakąś tajemnicę kocich relacji, której człowiek nie potrafi rozszyfrować?

Ale skoro podobna historia spotkała dwie różne, czarne koteczki, trudno mi było przejść nad tym do porządku dziennego.

Nie wiem, dlaczego tak się działo.

Wiem tylko, że obu Tosiom należało się trochę więcej troski.

Bo przecież kolor futerka nie powinien decydować o tym, kto dostanie obiad!

Przynajmniej w moich Grądach.

I tak oto mieszkała u mnie cała trójka.

Niełatwa.

Nieufna.

Czasami kłopotliwa.

Ale przecież moja!

Karmiłem te futrzaki, dbałem o nie, woziłem do weterynarza na szczepienia i czipowanie.

Krótko mówiąc — starałem się być przyzwoitym opiekunem.

I wydawało mi się, że za tę troskę należy mi się przynajmniej odrobina wdzięczności.

Jakże naiwny bywa człowiek!

Rozdział II. Operacja „Francja”, czyli instrukcja obsługi trzech kotów

Pamiętacie zapewne naszą wielką wyprawę do Francji?

Osiełek, Kiana, dziewięćdziesiątka na tempomacie i ponad trzy tysiące kilometrów europejskich dróg.

Wyjechaliśmy na mniej więcej dwa i pół miesiąca.

A skoro wyjeżdżaliśmy na tak długo, trzeba było zatroszczyć się również o naszych podwórkowych mieszkańców.

I tutaj na scenę wkroczył Wojtek.

Sąsiad zaoferował, że będzie przychodził na moją posesję i dokarmiał futrzastą kompanię.

Ucieszyłem się ogromnie!

Zakupiłem odpowiedni zapas suchej karmy.

Ustawiłem specjalny karmnik-dozownik.

Przygotowałem również pojemniki z wodą o pojemności pięciu litrów.

Wszystko miało działać sprawnie, bezpiecznie i higienicznie.

Pozostało tylko przekazać Wojtkowi instrukcję obsługi.

Bo to nie były zwykłe koty.

To była specjalistyczna grupa operacyjna.

A skoro przez wiele lat pracowałem w policji, postanowiłem podejść do sprawy profesjonalnie.

— Wojtek, przede wszystkim uważaj na rudego Misia. To nerwus. Ma za sobą ciężkie przejścia i potrafi drapnąć.

Następnie przeszliśmy do charakterystyki Toli.

— Ta łaciata to szefowa. Jest bardzo nieufna. Raczej nie podejdzie, będzie cię obserwować z daleka. Nie próbuj jej na siłę głaskać.

I wreszcie Tosia.

— Czarna jest najspokojniejsza, ale bardzo płochliwa. Zwykle czeka, aż pozostałe się najedzą. Trzeba dopilnować, żeby dla niej też coś zostało.

Tak oto kolega Wojciech otrzymał pełną instrukcję operacyjną.

Trzy koty.

Trzy charaktery.

Trzy potencjalne problemy.

Zadanie wymagające cierpliwości, ostrożności i zapewne pewnej odwagi.

Ale Wojtek przyjął je ze spokojem.

A my ruszyliśmy w daleką podróż.

Nie przypuszczałem nawet, co wydarzy się pod moją nieobecność.

Rozdział III. Zamach stanu przy furtce

Minęło dwa i pół miesiąca.

Wróciliśmy do Grądów.

Do domu.

Do znajomych miejsc.

Do naszej posesji.

I oczywiście byłem ciekaw, co słychać u podwórkowych sierot.

Czy wszystko w porządku?

Czy nie schudły?

Czy nie zdziczały jeszcze bardziej?

Czy rudy Miś nadal ma ochotę drapać każdego, kto ośmieli się zbliżyć na odległość wyciągniętej ręki?

A może zastanę trzy wychudzone, biedne szkieleciki, spoglądające na mnie z wyrzutem?

Otóż...

NIC Z TYCH RZECZY!

Wojtek spisał się znakomicie.

A nawet...

Za dobrze!

Bo kiedy po naszym powrocie zjawił się na posesji, stałem się świadkiem sceny, która niemal odebrała mi mowę.

Tylko wyobraźcie sobie!

Wojtek wchodzi przez furtkę.

A tam?

KOMITET POWITALNY!

Cała trójka już na niego czeka!

Jakby przyjechał sam król kotów!

I zaczęło się przedstawienie.

Rudy Miś, ten sam Miś z naderwanym uchem, którego kazałem traktować z najwyższą ostrożnością...

WŁAZI WOJTKOWI NA KOLANA!

Na kolana!

Rozumiecie?!

Kot, którego ja nie zawsze mogłem bezpiecznie pogłaskać!

Ten sam rudy awanturnik, który wygląda, jakby pół życia spędził na rozwiązywaniu sporów za pomocą pazurów!

A tutaj proszę.

Kolanka.

Pieszczoty.

Pełne zaufanie.

Zaniemówiłem.

Ale to był dopiero początek!

Tosia, moja czarna, nieufna sierotka, która zwykle trzymała się od ludzi z daleka, zaczęła łasić się do nóg Wojtka.

Ocierała się o niego.

Przymilała.

Jakby właśnie wróciła jej ukochana mamusia.

A Tola?

Nasza niedotykalska szefowa?

Ta, która z zasady patrzyła na ludzi podejrzliwie?

DAWAŁA SIĘ WOJTKOWI GŁASKAĆ!

No nie!

Tego było już za wiele!

Stałem i patrzyłem na to wszystko z niedowierzaniem.

Przecież to ja je przygarnąłem!

Ja karmiłem!

Ja woziłem do weterynarza!

Ja wydawałem pieniądze na szczepienia i czipowanie!

A tutaj pojawia się jakiś facet z sąsiedztwa, przychodzi przez dwa i pół miesiąca z jedzeniem i nagle...

Cała szajka przechodzi na jego stronę!

Zdrajcy!

Kolaboranci!

Kocia piąta kolumna!

Normalnie przewrót pałacowy!

I to na mojej własnej posesji!

Pomyślałem sobie, że gdybym wcześniej wiedział, jak to się skończy, zażądałbym od Wojtka podpisania deklaracji o nieprzejmowaniu moich podopiecznych.

Najlepiej w trzech egzemplarzach.

Po jednym na każdego kota.

Rozdział IV. Jak on to zrobił?!

No właśnie.

Jak?!

Od tamtej pory nie daje mi to spokoju.

Przecież karmiłem te futrzaki od dawna.

Dbałem o nie.

Nie robiłem im krzywdy.

A poziom zaufania, jaki osiągnął Wojtek przez kilka tygodni, dla mnie pozostawał nieosiągalny.

Czyżby posiadał jakieś szczególne umiejętności?

Hipnozę?

Kocią telepatię?

Może mówił do nich w tajemniczym języku zrozumiałym wyłącznie dla futrzastych mieszkańców Grądów?

A może miał po prostu lepszą karmę?

Tu zaczęły się moje podejrzenia.

Bo sucha karma jest praktyczna.

Można ją zostawić w dozowniku.

Nie psuje się tak szybko jak mokra.

I właśnie dlatego podczas naszej nieobecności postawiłem na takie rozwiązanie.

Ale Wojtek?

Hm...

Znam tego człowieka.

Wiem, jak potrafi rozpieszczać koty.

A mokra karma z saszetek?

A jakieś dodatkowe smakołyki?

Czyżby tutaj kryła się tajemnica jego sukcesu?

Nie wiem.

Nie mam dowodów.

Jako były policjant powinienem więc zachować ostrożność w formułowaniu oskarżeń.

Jednak podejrzenia pozostają.

Zwłaszcza kiedy przypominam sobie rudego Misia rozłożonego na kolanach Wojtka niczym rozpieszczony perski książę.

Przyznam jednak uczciwie, że prawdziwe wyjaśnienie może być znacznie prostsze.

Wojtek ma do zwierząt wyjątkowe podejście.

Nie spieszy się.

Nie narzuca im swojej obecności.

Potrafi cierpliwie poczekać, aż same zdecydują się podejść.

A koty, jak wiadomo, bardzo sobie cenią ludzi, którzy respektują ich osobistą godność.

I mają coś smacznego pod ręką.

Najlepiej jednocześnie.

Rozdział V. Grądecki doktor Dolittle

Ale jeśli myślicie, że zainteresowania Wojtka kończą się na kotach, jesteście w wielkim błędzie.

Ten człowiek prowadzi niemal prywatną stołówkę dla zwierząt!

Wiem coś o tym, ponieważ sam kilkakrotnie zastępowałem go zimą w obowiązkach kuchmistrza, kiedy mnie o to poprosił.

I dopiero wtedy mogłem zobaczyć, jak rozbudowana jest ta działalność.

Koty?

Oczywiście.

Ale oprócz kotów są jeszcze ptaki.

Sikorki dostają ziarenka słonecznika.

Wiewiórki mogą liczyć na orzechy włoskie.

A wszystko odbywa się zgodnie z ustalonym porządkiem.

Brakuje tylko tablicy z napisem:

„Stołówka u Wojtka. Obsługujemy koty, sikorki, wiewiórki i innych gości. Prosimy tylko nie pchać się do kolejki!”.

Chociaż podejrzewam, że koty i tak nie zastosowałyby się do regulaminu.

Im przecież wolno wszystko.

Zwłaszcza gdy w pobliżu jest Wojtek.

I właśnie dlatego uważam, że mój sąsiad zasługuje na szczególny tytuł.

Grądecki doktor Dolittle!

Pamiętacie doktora Dolittle, bohatera książek Hugh Loftinga, który potrafił rozmawiać ze zwierzętami?

Wojtek chyba posiada podobny dar.

Przynajmniej jeśli chodzi o porozumiewanie się z kotami.

Nie wiem tylko, czy zwierzaki odpowiadają mu ludzkim głosem.

Muszę go kiedyś o to zapytać.

Chociaż podejrzewam, że jeśli odpowiedzą, to przede wszystkim:

— Wojtek, a co dzisiaj na obiad?

Rozdział VI. Wędkarz i jego futrzasta publiczność

Wojtek ma jeszcze jedną wielką namiętność.

Wędkarstwo!

A ponieważ mieszka nad samym jeziorem Grądy, trudno sobie wyobrazić lepsze miejsce do realizowania takiego hobby.

Ma własny pomost.

I potrafi już skoro świt zasiąść na nim z wędką, obserwując spokojną taflę jeziora.

Wschód słońca.

Cisza.

Woda.

Śpiew ptaków.

I człowiek, który godzinami cierpliwie czeka, aż jakaś ryba zechce zainteresować się jego przynętą.

Podziwiam tę cierpliwość.

Naprawdę!

Bo ja już dawno powiedziałem Wojtkowi, że w naszym jeziorze ryb chyba nie ma.

Pewnie się potopiły!

Ale kto zrozumie wędkarza?

Taki człowiek może godzinami siedzieć na pomoście, moczyć kij i tłumaczyć, że właśnie przeżywa wspaniałe chwile.

A potem na obiad kupić rybę w markecie.

Przyznaję jednak, że trochę go rozumiem.

Bo przecież nie zawsze chodzi o sam połów.

Czasami największą przyjemnością jest po prostu posiedzieć nad wodą.

Popatrzeć na jezioro.

Odetchnąć.

Zapomnieć o codziennych sprawach.

Wojtek ma zresztą podczas tych wypraw bardzo szczególną publiczność.

Koty!

Jego futrzaści podopieczni potrafią towarzyszyć mu na pomoście, najwyraźniej żywo zainteresowani wynikami połowów.

I tak oto siedzi sobie nad jeziorem wędkarz, a wokół niego jego wierni kibice.

Wyobrażam sobie, że każdy z nich ma własny pogląd na wynik zawodów.

Wojtek zapewne myśli:

„Może dzisiaj coś złowię”.

A koty:

„Miejmy nadzieję, że tym razem się postara!”.

Bo przecież dla kota ryba jest sprawą znacznie poważniejszą niż dla wędkarza.

Wędkarz może wrócić z pustymi rękami i powiedzieć, że świetnie wypoczął.

Kot będzie miał na ten temat zupełnie inne zdanie.

Epilog. Kto naprawdę rządzi w Grądach?

I tak oto poznaliście mojego sąsiada Wojtka.

Człowieka, który ma wielkie serce dla zwierząt, cierpliwość do wędkowania i jakiś tajemniczy dar oswajania nawet najbardziej nieufnych kotów.

A ja?

Ja nadal próbuję zrozumieć, jakim sposobem w ciągu dwóch i pół miesiąca zdołał przekonać do siebie całą moją kocią kompanię.

Rudego Misia.

Łaciatą Tolę.

I czarną Tosię.

Wszystkie trzy!

Przecież to był prawdziwy cud!

Ale żarty żartami.

Najważniejsze jest coś zupełnie innego.

Kiedy wyjeżdżałem do Francji, martwiłem się o moje podwórkowe sieroty.

Czy będą miały co jeść?

Czy niczego im nie zabraknie?

Czy będą bezpieczne?

A kiedy wróciłem, zobaczyłem trzy zadbane, spokojne koty, które nie tylko miały zapewnioną opiekę, ale najwyraźniej zyskały nowego przyjaciela.

I za to jestem Wojtkowi naprawdę wdzięczny.

Bo dobry sąsiad to wielki skarb.

A dobry sąsiad, który jeszcze potrafi dogadać się z trzema nieufnymi kotami?

To już prawdziwy rarytas!

Tylko jednej rzeczy nadal nie mogę mu darować.

Że ten łobuzujący rudy Miś, który mnie potrafił traktować z najwyższą podejrzliwością, Wojtkowi z taką łatwością włazi na kolana.

No cóż.

Widocznie w kocim świecie obowiązują jakieś tajemnicze prawa.

Prawa, których nawet emerytowany policjant nie jest w stanie rozszyfrować.

Ale jedno wiem na pewno.

Wojtek jest królem kotów.

A ja?

Ja pozostanę chyba tylko ich sponsorem.

I to sponsorem bez prawa do głaskania!


Z serdecznym pozdrowieniem z moich ukochanych Grądów — opiekun trzech niewdzięcznych futrzaków, który właśnie odkrył, że w kocim królestwie najważniejsze stanowiska obsadza się bez konsultacji z człowiekiem.

Komentarze

Popularne posty