Ze wspomnień emeryta. Z Grądów w wielki świat, czyli samolotem, pociągiem i z przygodami
Opowieść I.
Od „Tygrysków” do U-Boota, czyli spełnione marzenie małego chłopca
O tym, jak książeczki z ojcowskiej biblioteczki zaprowadziły mnie po kilkudziesięciu latach na niemiecką plażę, gdzie czekał prawdziwy okręt podwodny. Po drodze były „Biedronka Air”, kochana córeczka, maleńka Kijanka i kapusta. Mnóstwo kapusty!
Rozdział I. Wszystko zaczęło się od biblioteczki mojego ojca
Drodzy Czytelnicy!
Tym razem zabieram Was w nieco inną podróż.
Nasz wierny Osiełek, czyli KIA Sportage z 2010 roku, zostaje w domu. Nie będzie dziewięćdziesiątki na tempomacie, niemieckich autostrad ani postojów na Aralu w poszukiwaniu bratwurstów.
Będą za to samoloty, pociągi i zupełnie nowe przygody.
Ale zanim wyruszymy z moich ukochanych Grądów, muszę cofnąć się w czasie.
I to bardzo daleko!
Do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
Byłem wtedy pacholęciem, które ledwo nauczyło się czytać, kiedy pewnego dnia odkryłem w domowej biblioteczce mojego ojca prawdziwy skarb.
Nie złoto.
Nie dolary.
Nawet nie czekoladę, która w tamtych czasach również potrafiła być skarbem.
Książeczki!
Całą stertę niewielkich publikacji o tematyce wojennej.
Słynne „Tygryski” oraz „Miniatury Morskie”.
Pamiętacie je?
Niewielki format, kilkadziesiąt stron, a w środku historie, które potrafiły porwać młodego człowieka w najodleglejsze zakątki świata.
Ojciec kupował te książeczki w kioskach RUCH-u, kiedy dojeżdżał do pracy w Szczecinie.
Ot, niewielkie wydawnictwa, które można było zabrać do tramwaju, autobusu czy pociągu.
A dla mnie?
Dla mnie były oknem na wielki świat.
Czytałem o bitwach, okrętach, dowódcach, konwojach i dramatycznych wydarzeniach drugiej wojny światowej.
Ale szczególnie upodobałem sobie „Miniatury Morskie”.
Ach, te historie!
Wielkie pancerniki.
Krążowniki.
Niszczyciele.
A przede wszystkim...
OKRĘTY PODWODNE!
Tajemnicze stalowe jednostki, które potrafiły znikać pod powierzchnią oceanu, by po wielu godzinach wynurzyć się gdzieś zupełnie indziej.
Wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach.
Próbowałem sobie wyobrazić życie załogi, ogromną głębię oceanu, ciemność, napięcie podczas zanurzenia i ten szczególny świat ludzi zamkniętych w stalowej rurze.
I właśnie wtedy narodziło się moje marzenie.
Kiedyś zobaczę prawdziwy okręt podwodny!
Nie na fotografii.
Nie na ilustracji.
Nie na ekranie telewizora.
Na własne oczy!
Minęły lata.
Dzieciak dorósł, poszedł do pracy, założył rodzinę, doczekał się emerytury.
Ale marzenie pozostało.
Jak się okazało, musiało jedynie cierpliwie poczekać na właściwą okazję.
Rozdział II. Córeczka, która wiedziała, jak uszczęśliwić tatusia
Moja kochana Anna mieszka i pracuje w Elmshorn, niedaleko Hamburga.
I pewnego dnia powiedziała mi coś, co natychmiast uruchomiło w mojej głowie wszystkie marynistyczne wspomnienia z dzieciństwa.
— Tato, a wiesz, że niedaleko Kilonii, w Laboe, stoi prawdziwy niemiecki U-Boot z czasów drugiej wojny światowej? I można go zwiedzać!
Co takiego?!
Prawdziwy U-Boot?!
Do zwiedzania?!
U-995!
Okręt podwodny typu VIIC/41, należący niegdyś do niemieckiej Kriegsmarine.
Jeden z nielicznych zachowanych świadków tamtej epoki, a zarazem ostatni istniejący okręt słynnego typu VII.
Drodzy Czytelnicy!
Nie wiem, czy potraficie wyobrazić sobie radość człowieka, który przez ponad pół wieku nosił w sobie podobne marzenie.
To tak, jakby komuś, kto w dzieciństwie marzył o spotkaniu z kosmonautą, nagle zaproponowano wycieczkę na stację kosmiczną.
No dobrze, może trochę przesadzam.
Ale naprawdę tylko trochę!
Decyzja mogła być tylko jedna.
Jedziemy do Anny!
Oczywiście przede wszystkim po to, żeby odwiedzić ukochaną córeczkę.
A że przy okazji w pobliżu stoi U-Boot...
No cóż.
Trudno przejść obojętnie obok tak szczęśliwego zbiegu okoliczności!
Rozdział III. Biedronka Air, czyli emeryt w wielkim świecie lotnictwa
Tym razem nie zamierzałem męczyć Osiełka wielogodzinną wyprawą przez Niemcy.
Postawiłem na komunikację publiczną i samolot.
Najpierw PKP Intercity do Gdańska Wrzeszcza.
Stamtąd pociągiem w kierunku Portu Lotniczego im. Lecha Wałęsy.
A na lotnisku?
Procedury!
Kontrola bezpieczeństwa, bagaż, bramka, oczekiwanie.
Wszystko, co współczesny podróżnik zna doskonale.
Na szczęście człowiek, który przeżył kilkadziesiąt lat i niejedną policyjną kontrolę, nie powinien szczególnie bać się kontroli własnego bagażu.
Chociaż przyznaję, że lotniskowe przepisy potrafią zaskoczyć nawet najbardziej doświadczonych podróżników.
Zwłaszcza kiedy człowiek odkrywa, że zwyczajna buteleczka płynu może wzbudzić większe zainteresowanie niż jego własna osoba.
Ale wszystko przebiegło sprawnie.
I oto czekał na mnie samolot!
Liniami...
Biedronka Air!
Oczywiście żartuję.
To był poczciwy Ryanair.
Linia, która udowodniła światu, że człowiek może polecieć przez pół Europy, zabierając ze sobą bagaż o rozmiarach nieco większych od pudełka po butach.
Za bilet zapłaciłem około 130 złotych.
Przyznajcie sami — całkiem przyzwoita cena!
Zwłaszcza kiedy porówna się ją z kosztami podróży samochodem.
Niecała godzina lotu i już lądowaliśmy na lotnisku w Hamburgu.
A przecież nasz ukochany Osiełek, nawet przy największym wysiłku, nie pokonałby tej odległości w godzinę.
Chyba że zostałby wyposażony w skrzydła i silnik odrzutowy.
Ale wtedy musiałbym zapewne znaleźć dla niego zupełnie nowe imię.
Może Latający Osieł?
Nie, to chyba nie brzmi zbyt dostojnie.
Z hamburskiego lotniska dotarłem autobusem bezpośrednio do Elmshorn.
Około pięćdziesięciu minut jazdy.
Cała wyprawa, z dojazdami, oczekiwaniem i lotem, zajęła mi mniej więcej siedem godzin.
Nie tak źle!
A na końcu?
Moja kochana Aneczka!
I jak zwykle gościnność na najwyższym poziomie.
Człowiek jeszcze dobrze nie zdąży odłożyć bagażu, a już czuje, że jest we właściwym miejscu.
U swojego dziecka.
Czy trzeba czegoś więcej do szczęścia?
No...
Może jeszcze małej wycieczki do Laboe.
Rozdział IV. Kijanką przez krainę kapusty i koni
Nie pamiętam już dokładnie, czy wybraliśmy się nad Bałtyk drugiego, czy trzeciego dnia mojego pobytu.
Pamiętam natomiast, że całą wycieczkę zorganizowała Anna.
Do pokonania mieliśmy około 99 kilometrów.
Mniej więcej półtorej godziny jazdy.
A środkiem transportu była jej KIA Picanto.
Czyli...
KIJANKA!
Tak właśnie nazywa się ten niewielki samochodzik.
U nas w rodzinie samochody mają swoje imiona, o czym stali Czytelnicy „Moich Grądów” wiedzą już doskonale.
Ja miałem Srebrnego Szerszenia.
Potem pojawił się Osiełek.
A Anna jeździ Kijanką.
Wszystko pięknie, tylko że Kijanka nie została zaprojektowana z myślą o pasażerach moich rozmiarów.
Zanim zająłem miejsce, należało przeprowadzić odpowiednie przygotowania.
Przede wszystkim odsunąć fotel maksymalnie do tyłu.
Potem ostrożnie umieścić jedną nogę.
Następnie drugą.
A na końcu resztę pasażera.
I gotowe!
Możemy jechać.
Na szczęście tym razem nie musiałem prowadzić, więc mogłem spokojnie podziwiać krajobrazy.
A było co podziwiać!
Przede wszystkim...
KAPUSTĘ!
Całe pola kapusty!
Białej.
Czerwonej.
Kapustę ciągnącą się niemal po horyzont.
Pomyślałem sobie, że Niemcy naprawdę muszą ją uwielbiać.
Zresztą my, Polacy, również mamy do kapusty wyjątkową słabość.
Bigos, gołąbki, kapuśniak, surówki...
Bez kapusty nasza kuchnia wyglądałaby naprawdę smutno.
Ale nie samą kapustą człowiek żyje.
Po drodze mijaliśmy zadbane wsie i niewielkie miasteczka.
Domy, ogrody, gospodarstwa.
I coś, co zwróciło moją szczególną uwagę.
Konie!
W wielu miejscach widzieliśmy niewielkie stadniny, wybiegi i prywatne hodowle.
Piękne zwierzęta, zadbane tereny, ludzie najwyraźniej traktujący jazdę konną jako sposób spędzania wolnego czasu.
I muszę przyznać, że trochę im zazdrościłem.
My, Polacy, przecież również mamy niezwykłą tradycję związaną z końmi.
Ułani, kawaleria, stadniny, literatura, obrazy Kossaków...
Koń zajmuje w naszej historii miejsce niemal legendarne.
Marzy mi się, żeby także u nas coraz więcej rodzin mogło pozwolić sobie na taką rekreację.
Bo koń to piękne zwierzę.
Choć podejrzewam, że Kijanka byłaby nieco zazdrosna, gdybym zaczął zachwycać się innymi środkami transportu.
Na szczęście wkrótce pojawiły się drogowskazy na Kilonię.
A moje myśli natychmiast wróciły do okrętów.
Rozdział V. Kilonia — miasto, w którym rodziły się okręty
Kilonia!
Czyli Kiel.
Wielkie portowe miasto nad Bałtykiem, od dawna związane z niemiecką marynarką wojenną, przemysłem stoczniowym i żeglugą.
Dla przeciętnego turysty to piękne nadmorskie miasto.
Dla miłośnika marynistyki?
Prawdziwa skarbnica historii!
To właśnie tutejsze stocznie uczestniczyły w budowie wielu znanych okrętów niemieckiej floty.
Między innymi ciężkiego krążownika Prinz Eugen, jednostki pancernej Gneisenau oraz licznych okrętów podwodnych.
A wśród U-Bootów znajdują się nazwy, które od dzieciństwa pamiętam z „Miniatur Morskich”.
U-47 — okręt Günthera Priena, który w październiku 1939 roku przedarł się do brytyjskiej bazy Scapa Flow i zatopił pancernik HMS Royal Oak.
U-48 — jeden z najskuteczniejszych niemieckich okrętów podwodnych drugiej wojny światowej.
I wreszcie U-96, rozsławiony przez książkę Lothara-Günthera Buchheima i późniejszy film „Das Boot”.
Film, który każdemu miłośnikowi marynistyki potrafi przyspieszyć bicie serca.
Nie będę jednak zasypywał Was liczbami zatopionych statków, tonażami i datami kolejnych patroli.
Bo gdybym się rozpędził, moglibyśmy tutaj spędzić trzy dni.
A przecież Anna przywiozła mnie do Laboe nie po to, żebym urządzał wykład z historii Kriegsmarine.
Chociaż podejrzewam, że w razie potrzeby byłbym zdolny.
I to bez zaglądania do notatek!
W końcu dojechaliśmy nad wodę.
A tam czekał on.
U-995.
Rozdział VI. U-995 — czyli marzenie sprzed pół wieku i córka, która musiała wyciągać ojca z okrętu podwodnego
I oto stałem przed nim.
U-995!
Prawdziwy niemiecki okręt podwodny typu VIIC/41 z czasów drugiej wojny światowej.
Nie makieta.
Nie filmowa dekoracja.
Nie komputerowa wizualizacja.
Prawdziwy, stalowy potwór, który kiedyś przemierzał morskie głębiny.
Drodzy Czytelnicy, nie wiem, czy potraficie sobie wyobrazić, co czułem.
Przez głowę przelatywały mi obrazy z dzieciństwa. Biblioteczka ojca, „Tygryski”, „Miniatury Morskie”, rysunki okrętów, opisy ataków torpedowych i wszystkie te historie, które czytałem z wypiekami na twarzy.
A teraz?
Teraz miałem wejść do środka jednego z tych stalowych olbrzymów!
I wszedłem.
Zwiedzanie rozpocząłem od rufy, gdzie znajdowała się tylna wyrzutnia torpedowa.
Już pierwsze chwile uświadomiły mi, że życie na takim okręcie nie miało wiele wspólnego z wygodami współczesnego świata.
Ciasnota!
Rury, przewody, zawory, urządzenia techniczne i wąskie przejścia.
Człowiek musi uważać na głowę, nogi, łokcie, a czasami mam wrażenie, że również na własne myśli, bo i dla nich miejsca było niewiele!
A przecież na takim okręcie kilkudziesięciu marynarzy musiało nie tylko pracować, ale również jeść, spać, odpoczywać i znosić wielotygodniowe rejsy.
Ruszyłem dalej.
Maszynownia!
To tutaj znajdowały się urządzenia stanowiące serce okrętu. Patrzyłem na silniki, instalacje i mechanizmy z autentycznym podziwem.
I pomyśleć, że cała ta skomplikowana maszyneria powstała ponad osiemdziesiąt lat temu!
Potem kambuz, czyli miejsce przygotowywania posiłków.
Niewielki, jak niemal wszystko na U-Boocie.
A przecież załogę trzeba było codziennie nakarmić.
Zajrzałem również do okrętowej toalety, gdzie — jak się okazuje — wykorzystywano wolną przestrzeń do przechowywania zapasów żywności.
I tutaj przyszła mi do głowy pewna refleksja.
W naszych domach człowiek narzeka czasami, że ma zbyt małą kuchnię, za ciasną łazienkę albo niewystarczającą liczbę szafek.
Proponuję takiemu malkontentowi wycieczkę na U-995.
Po pięciu minutach wróci do domu i uzna swoje mieszkanie za pałac!
Dalej mesa oficerska, kolejne pomieszczenia i wreszcie część dowódcza.
Peryskop!
Jedno z tych urządzeń, które od dzieciństwa kojarzyło mi się z okrętami podwodnymi.
Ileż to razy czytałem o dowódcy, który podnosi peryskop, obserwuje horyzont i wydaje kolejne rozkazy!
Teraz mogłem zobaczyć to wszystko z bliska.
Zaglądałem do pomieszczenia radiotelegrafisty, przyglądałem się urządzeniom służącym do nasłuchu i łączności.
A wokół rozlegały się głosy!
Z głośników odtwarzano nagrania meldunków i komend okrętowych.
I to dopiero robiło wrażenie.
Człowiek stoi wśród autentycznych urządzeń, otaczają go stalowe ściany, a w uszach słyszy głosy przypominające, że kiedyś to wszystko naprawdę funkcjonowało.
Na moment niemal zapominałem, że jestem w muzeum.
Oczywiście miałem pełną świadomość, że ten okręt był narzędziem wojny, a wojna podwodna oznaczała śmierć, strach i cierpienie zarówno dla marynarzy, jak i załóg atakowanych statków.
Ale fascynacja techniką i historią nie oznacza przecież zachwytu nad wojną.
Wręcz przeciwnie.
Takie miejsca pozwalają lepiej zrozumieć, jak dramatyczne były realia tamtych czasów.
I wreszcie dotarłem na dziób.
A tam...
ARSENAŁ TORPEDOWY!
W przedziale torpedowym leżała ogromna, oryginalna, rozbrojona torpeda.
Ależ to robiło wrażenie!
Znałem takie urządzenia z fotografii, rysunków i opisów technicznych.
Ale zobaczyć je na własne oczy, niemal na wyciągnięcie ręki?
To zupełnie coś innego.
Zaglądałem również w kierunku dziobowych wyrzutni torpedowych.
Próbowałem wyobrazić sobie ludzi, którzy musieli obsługiwać ten skomplikowany sprzęt w ciasnym wnętrzu okrętu, często w warunkach ogromnego napięcia.
I tak doszedłem do końca trasy zwiedzania.
Ale...
Kto powiedział, że zamierzałem wyjść?!
Nie, moi drodzy!
Nic z tych rzeczy!
Na szczęście o tej porze zwiedzających było niewielu, więc mogłem spokojnie wracać do pomieszczeń, które szczególnie mnie zainteresowały.
Jeszcze raz maszynownia.
Jeszcze raz część dowódcza.
Jeszcze raz peryskop.
Jeszcze jedno spojrzenie na wyrzutnie.
Zdjęcie!
Drugie zdjęcie!
Trzecie!
Dziesiąte!
Nie wiem, ile ich zrobiłem.
Ale aparat miał co robić.
A ja ciągle odkrywałem coś nowego.
Tu jakiś zawór.
Tam tabliczka.
Gdzie indziej urządzenie, którego przeznaczenie próbowałem sobie przypomnieć z dawnych lektur.
I wracałem.
I oglądałem.
I znowu wracałem.
Podejrzewam, że gdyby mnie pozostawiono samemu sobie, mógłbym spędzić na tym okręcie cały dzień.
A może nawet dłużej.
W końcu jednak odezwał się głos rozsądku.
Głos mojej córeczki.
Aneczka, obserwując moje niesłabnące zainteresowanie, delikatnie zasugerowała, że wypadałoby już wrócić na powierzchnię.
Zapewniła mnie przy tym, że...
— Tato, tutaj chyba nie da się zamieszkać!
No i co miałem zrobić?
Argument był trudny do podważenia.
Chociaż, przyznam Wam szczerze, przez chwilę zastanawiałem się, czy aby na pewno.
W końcu skoro kilkudziesięciu marynarzy potrafiło żyć tutaj przez wiele tygodni, to może jeden emeryt z Grądów też jakoś by sobie poradził?
Tylko kto dostarczałby mi świeże bułeczki na śniadanie?
I gdzie znalazłbym miejsce na wygodny fotel?
Nie wspominając już o tym, że moja żona zapewne miałaby dość poważne zastrzeżenia do nowego adresu zamieszkania.
Cóż.
Trzeba było wracać.
Z wielkim żalem opuściłem wnętrze U-995.
Wyszedłem na powierzchnię, spojrzałem jeszcze raz na jego stalowy kadłub i poczułem coś niezwykłego.
Spełniło się jedno z moich najstarszych dziecięcych marzeń.
Po ponad pół wieku!
A wszystko dzięki książeczkom zbieranym przez mojego ojca i mojej kochanej Aneczce, która wiedziała, jak wielką radość może sprawić tatusiowi.
Ale to jeszcze nie koniec historii.
Bo właśnie wtedy dowiedziałem się, że w Bremerhaven znajduje się jeszcze jeden prawdziwy okręt podwodny, który można zwiedzać.
„Wilhelm Bauer”, dawny U-2540, typu XXI!
A więc kolejny stalowy olbrzym.
Inna konstrukcja.
Inna historia.
Nowa przygoda!
Popatrzyłem na Annę.
I już wiedziałem jedno.
Ja tam jeszcze wrócę!
To znaczy — niekoniecznie na U-995.
Tym razem trzeba będzie odwiedzić jego dalekiego krewniaka w Bremerhaven.
Ale to już temat na następne opowiadanie.
A teraz?
Teraz moja córeczka stanowczo domagała się powrotu na ląd.
Najwyraźniej uznała, że jeden okręt podwodny na jeden dzień to dla jej ojca wystarczająca dawka szczęścia.
Niech jej będzie.
Tym razem!
Rozdział VII. Marine-Ehrenmal, czyli pamięć o tych, którzy nie wrócili
Tuż obok U-995 wznosi się monumentalna budowla.
Marine-Ehrenmal Laboe.
Pomnik i miejsce pamięci ludzi morza.
Wzniesiony w latach 1927–1936, pierwotnie upamiętniał niemieckich marynarzy poległych podczas pierwszej wojny światowej.
Po drugiej wojnie światowej zmieniono jego znaczenie.
Dziś jest miejscem pamięci marynarzy wszystkich narodowości, którzy stracili życie na morzu, i przypomnieniem o potrzebie pokojowej żeglugi.
I bardzo dobrze.
Bo morze nie pyta o narodowość.
A podczas wojny marynarze ginęli pod najróżniejszymi banderami.
Zarówno ci służący na okrętach wojennych, jak i ludzie z jednostek handlowych.
Zwiedzając ekspozycję, zwróciłem uwagę na prezentowane bandery różnych państw.
I wśród nich dostrzegłem również polski akcent!
Polską banderę związaną z historią naszej marynarki.
Przyznam, że zrobiło mi się bardzo miło.
Bo człowiek jest daleko od domu, ogląda pamiątki po wielkich wydarzeniach historycznych i nagle widzi nasze biało-czerwone barwy.
To zawsze porusza.
Ale Laboe kryje jeszcze jedną niezwykłą pamiątkę.
I właśnie o niej muszę opowiedzieć.
Rozdział VIII. „Prinz Eugen”, czyli śruba, która wróciła z Pacyfiku
Na terenie kompleksu w Laboe można zobaczyć ogromną śrubę okrętową.
Nie byle jaką!
Pochodzi z ciężkiego krążownika „Prinz Eugen”.
A to jednostka o wyjątkowo interesującej historii.
W maju 1941 roku krążownik płynął razem z pancernikiem Bismarck podczas operacji na Atlantyku.
Oba niemieckie okręty stoczyły walkę z jednostkami brytyjskimi w Cieśninie Duńskiej.
W jej trakcie zatonął słynny brytyjski krążownik liniowy HMS Hood.
Była to jedna z najbardziej dramatycznych bitew morskich drugiej wojny światowej.
Sam Prinz Eugen miał niezwykłe szczęście.
Przetrwał wojnę, chociaż wiele innych dużych jednostek niemieckiej marynarki skończyło na dnie mórz i oceanów.
A potem?
Potem jego historia zrobiła się jeszcze bardziej osobliwa.
Po wojnie trafił w ręce Amerykanów, którzy wykorzystali go podczas prób z bombami atomowymi na atolu Bikini w 1946 roku.
I wyobraźcie sobie!
Krążownik przetrwał eksplozje.
Nie zatonął od razu.
Ale odniesione uszkodzenia i późniejsze problemy doprowadziły ostatecznie do jego przewrócenia się i zatonięcia w rejonie atolu Kwajalein.
A jedna z jego ogromnych śrub została po latach wydobyta i trafiła właśnie tutaj, do Laboe.
I tak oto fragment niemieckiego okrętu, który przeszedł wojnę na Atlantyku, a potem próby atomowe na Pacyfiku, znalazł swoje miejsce niedaleko Kilonii.
Czyż historia nie potrafi pisać niesamowitych scenariuszy?
Patrzyłem na tę śrubę i myślałem, ile kilometrów morskich musiała kiedyś pomóc pokonać tak wielkiemu okrętowi.
A teraz stoi nieruchomo.
Jako pamiątka.
Świadek minionej epoki.
I dowód na to, że nawet najpotężniejsze maszyny świata w końcu przechodzą do historii.
Swoją drogą, nasz Osiełek ze swoimi czterema kołami i tempomatem wyglądałby przy tej śrubie jak zabawka.
Ale ma nad nią jedną przewagę.
Nadal jeździ!
I oby tak zostało jak najdłużej.
Rozdział IX. Marynarska czapka, czyli pamiątka z wielkiego marzenia
Po zwiedzaniu okrętu i kompleksu Marine-Ehrenmal zajrzałem jeszcze do miejscowego sklepiku.
Bo przecież człowiek nie może wrócić z takiej wyprawy bez żadnej pamiątki.
Zwłaszcza kiedy spełnił właśnie marzenie sprzed kilkudziesięciu lat.
Nie kupiłem jednak modelu pancernika.
Ani plastikowej torpedy.
Ani miniaturowego U-Boota.
Kupiłem...
Czapkę marynarską!
Taką, która nawiązuje do nakryć głowy dawnych członków załóg okrętów podwodnych.
Piękna rzecz!
I co najważniejsze — nie trafiła na półkę, żeby zbierać kurz.
Używam jej do dziś.
Szczególnie wtedy, kiedy jest naprawdę zimno.
Bo nie dość, że przypomina mi niezwykłą wyprawę, to jeszcze znakomicie chroni głowę.
A głowę trzeba chronić.
Zwłaszcza emerycką!
Jest już przecież pełna wspomnień, historii, ciekawostek i planów kolejnych podróży.
Szkoda byłoby to wszystko przeziębić.
Epilog. Marzenia nie mają terminu ważności
Po dniu pełnym wrażeń wróciliśmy z Anną do Elmshorn.
Kijanka znów dzielnie pokonała trasę.
A ja mogłem wreszcie odpocząć.
Chociaż przyznaję, że myślami wciąż byłem w Laboe.
Przy U-995.
Przy monumentalnym Marine-Ehrenmal.
Przy śrubie Prinza Eugena.
I przy tamtym małym chłopcu sprzed wielu lat, który siedział w domu i czytał „Miniatury Morskie” ze zbiorów swojego ojca.
Czy mógł wtedy przypuszczać, że kiedyś zobaczy na własne oczy prawdziwy niemiecki okręt podwodny?
Pewnie nie.
Ale marzył.
A marzenia, jak się okazuje, mają pewną niezwykłą właściwość.
Nie muszą spełniać się natychmiast.
Czasami potrzebują roku.
Czasami dziesięciu.
A czasami nawet pół wieku.
Ważne, żeby o nich nie zapominać.
Bo oto po tylu latach nie tylko zobaczyłem prawdziwego U-Boota, ale zrobiłem to w towarzystwie mojej ukochanej córeczki.
I to właśnie sprawiło, że ta podróż była dla mnie tak szczególna.
A kiedy dziś zakładam swoją marynarską czapkę, przypominam sobie nie tylko Laboe.
Przypominam sobie również ojca.
Jego książeczki.
Tamte dawne czasy.
I chłopca, który dzięki nim pokochał morze.
I wiecie co?
Ten chłopiec chyba nadal gdzieś we mnie mieszka.
Tylko teraz ma trochę więcej lat, kilka kilogramów nadwagi i własną emeryturę.
Ale ciekawość świata?
Pozostała dokładnie taka sama!
Z serdecznym pozdrowieniem z moich ukochanych Grądów — emeryt, dawny gliniarz, miłośnik historii marynarki wojennej i szczęśliwy ojciec, któremu córeczka pomogła spełnić dziecięce marzenie.
Ciąg dalszy nastąpi!
Bo przecież z Elmshorn można wyruszyć jeszcze w niejedną ciekawą podróż...























Komentarze
Prześlij komentarz