90 km/h przez Europę, czyli KIA, Kiana i IKEA - ETAP 4


Część IV. Wielki powrót Osiełka, czyli z Elmshorn do ukochanych Grądów

Ostatni etap naszej europejskiej włóczęgi. Prawie 910 kilometrów, dwa dni jazdy, uzbrojeni niemieccy żołnierze, spotkanie ze starymi przyjaciółmi, polskie drogi i maleńki radiowóz. A na końcu miejsce, którego nie zamieniłbym na żadne inne na świecie.

Rozdział I. Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy

No i stało się!

Po ponad dwóch miesiącach francuskich wakacji, odwiedzinach u naszych córeczek, podróżach po Niemczech i Luksemburgu, po zamkach, ogrodach, śledziach, bratwurstach oraz międzynarodowych perypetiach dwóch niezwykłych kotek nadszedł dzień, którego nie dało się już odkładać.

Wracamy do Grądów!

Z Elmshorn do naszego domku pozostało prawie 910 kilometrów.

Dziewięćset dziesięć!

To najdłuższy etap całej wyprawy.

Nawet nasz dzielny Osiełek, mógłby na taką wiadomość ciężko westchnąć, gdyby tylko koreańscy konstruktorzy wyposażyli go w odpowiednią funkcję.

Postanowiliśmy więc podzielić drogę na dwa dni.

Najpierw około 510 kilometrów do Stargardu, gdzie czekali na nas przyjaciele i nocleg. Następnego dnia kolejne 400 kilometrów, już prosto do ukochanych Grądów.

Plan był prosty.

I bardzo dobrze!

Bo po tylu tygodniach podróżowania człowiek zaczyna doceniać prostotę.

Zwłaszcza kiedy jego bagażnik przypomina magazyn ekspedycji naukowej, a kotka Kiana spogląda na kolejne pakowanie z miną osoby, która zamierza wnieść oficjalny protest.

Nasza championka prawdopodobnie zadawała sobie pytanie:

„Czy wy naprawdę nie możecie wreszcie zdecydować, gdzie mieszkamy?”.

Cóż, Kianeczko.

Już niedługo.

Jeszcze tylko mały skok przez pół Europy.

A potem dom!

Rozdział II. Autostrada nr A20, czyli gdzie się podziały wszystkie samochody?

Z Elmshorn ruszyliśmy w kierunku Lubeki, a następnie autostradą A20 na wschód.

I tutaj zdradzę Wam pewien szczegół dotyczący planowania naszej trasy.

Mogliśmy jechać bardziej na południe, autostradą A24 w kierunku Berlina.

Ale po co?

Wybraliśmy A20, ponieważ z wcześniejszych doświadczeń wiedziałem, że ruch bywa tam znacznie spokojniejszy.

I rzeczywiście!

Chwilami autostrada sprawiała wrażenie niemal opuszczonej.

Samochód przed nami?

Gdzieś daleko.

Samochód za nami?

Jeszcze dalej.

A wokół przestrzeń, pola, lasy i asfalt ciągnący się po horyzont.

Przez moment zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie przeoczyliśmy jakiegoś komunikatu o ewakuacji północnych Niemiec.

Ale nie.

Wszystko wskazywało na to, że po prostu wybraliśmy spokojną drogę.

Dla mnie — idealnie.

Tylko że tym razem za kierownicą siedziała moja szefowa, czyli ukochana żona.

I znowu muszę oddać jej sprawiedliwość.

Prowadziła znakomicie.

Osiełek posłusznie przemierzał kolejne kilometry, a ja pełniłem zaszczytną funkcję pasażera.

Czyli człowieka, który ma zdecydowanie więcej czasu na obserwowanie otoczenia niż na podejmowanie decyzji.

Przyznaję, że taka pusta autostrada potrafi kusić.

Człowiek patrzy przed siebie i myśli:

„A może by tak trochę szybciej?”.

Ale po chwili przypomina sobie nasze podróżnicze przykazanie.

Dziewięćdziesiątka!

Po co się spieszyć?

Asfalt nie ucieknie.

Grądy również.

A Osiełek najwyraźniej bardzo polubił spokojne życie.

Rozdział III. Wiatraki, panele i szczypta niemieckiej melancholii

Za oknami przesuwały się krajobrazy północno-wschodnich Niemiec.

Ogromne pola.

Lasy.

Niewielkie miejscowości.

I coś, co zwróciło moją szczególną uwagę.

Farmy wiatrowe!

Wielkie turbiny obracały się majestatycznie, niczym olbrzymie wiatraki z bajki o Don Kichocie.

Tyle że współczesny Don Kichot miałby z nimi poważny problem.

Nie dość, że są ogromne, to jeszcze produkują energię elektryczną.

A obok rozciągały się instalacje fotowoltaiczne.

Setki, może tysiące paneli, które cierpliwie łapały promienie słońca.

Pomyślałem sobie, że to naprawdę interesujący widok.

Niemcy od lat inwestują w odnawialne źródła energii, a tutaj człowiek mógł obserwować efekty tych inwestycji niemal z autostrady.

Choć krajobraz miał również inny charakter.

Nieco bardziej surowy.

Spokojniejszy.

Chwilami wręcz melancholijny.

Przypomniało mi się, że przejeżdżamy przez tereny dawnej Niemieckiej Republiki Demokratycznej.

Od zjednoczenia Niemiec minęło już przecież ponad trzydzieści pięć lat.

A jednak historia nie znika z krajobrazu jednym pociągnięciem pędzla.

Przez moment wydało mi się, że okolica wygląda skromniej niż wiele miejsc w zachodnich Niemczech.

Ale zaraz sam siebie przywołałem do porządku.

Hola, hola!

Przecież nasze ulubione Kötschlitz również leży na terenie dawnego NRD.

A tam było sympatycznie, kolorowo i przyjemnie.

Najwyraźniej po raz kolejny przekonałem się, że nie należy oceniać całego kraju przez szybę samochodu.

Zwłaszcza jadąc dziewięćdziesiątką.

Choć przy tej prędkości czasu na obserwacje jest naprawdę sporo.

A Kiana?

Nasza perska arystokratka tym razem nie urządzała żadnych przedstawień.

Odpoczywała w swoim transporterze, chwilami obserwując mijający świat.

Wyglądała na pogodzoną z losem.

Albo po prostu uznała, że skoro personel pomocniczy nie zamierza słuchać protestów, lepiej oszczędzać siły.

Na przyszłość.

Rozdział IV. ARAL, bratwurst i Bundeswehra przy kawie

I wreszcie!

Postój!

Muszę przyznać, że na A20 stacje benzynowe nie pojawiały się tak często, jak bym sobie tego życzył.

A ja przecież mam swoje potrzeby.

Kawa!

Świeża bułka!

I oczywiście...

BRATWURST!

Nie wiem, jak to się dzieje, ale niemiecka kiełbaska z ostrą musztardą i świeżą bułką niezmiennie potrafi poprawić mi humor.

Zwłaszcza na stacji ARAL, do której mam słabość od lat.

Dopiero po zjeździe z A20 na A11 w kierunku Szczecina znaleźliśmy dogodną okazję do postoju.

Tankowanie, kawa, coś na ząb.

Wszystko przebiegało spokojnie.

Aż nagle drzwi restauracji otworzyły się i do środka wkroczyła grupa chyba z  dziesięciu żołnierzy Bundeswehry.

I to nie byle jak wyglądających!

Mundury, wojskowe wyposażenie, broń przenoszona na ramionach, pistolety w kaburach.

Krótko mówiąc — panowie sprawiali wrażenie, jakby przed chwilą zeszli z planu filmu wojennego.

Tyle że to nie był film.

To byli prawdziwi niemieccy żołnierze, którzy — podobnie jak my — postanowili zrobić sobie przerwę w podróży.


Nie wiem, dokąd jechali.

Może na poligon?

Może wracali do koszar?

A może po prostu przemieszczali się między jednostkami.

Nie zamierzałem prowadzić przesłuchania.

W końcu byłem na wakacjach.

Zauważyłem natomiast, że ich wejście wywołało w restauracji niemałe zainteresowanie.

Niektóre panie spoglądały na wojskowych z wyraźnym zaciekawieniem.

A ja?

Ja również patrzyłem.

Ale przede wszystkim na ich wyposażenie i wojskowy fason.

W końcu, jak już Wam kiedyś zdradziłem, przez część życia sam byłem gliniarzem.

A człowiek, który przez lata pracował w mundurze, nie przestaje zwracać uwagi na mundury innych.

Ot, takie zawodowe skrzywienie.

Przyznaję, że żołnierze wyglądali imponująco.

I pomyśleć, że jeszcze chwilę wcześniej największą atrakcją naszej podróży była kiełbaska z musztardą!

Tymczasem tu proszę.

Mały pokaz Bundeswehry gratis.

Oczywiście nikt nie urządzał parady ani nie maszerował przy dźwiękach orkiestry.

Panowie przyszli po prostu odpocząć i coś zjeść.

Ale dla mnie było to najciekawsze spotkanie tego dnia.

Choć bratwurst również trzymał wysoki poziom.

Rozdział V. Polska! Czyli kraj, w którym wszystko jest trochę bardziej nasze

Po kolejnych kilometrach zbliżaliśmy się do granicy.

Pomellen.

Kołbaskowo.

Polska coraz bliżej!

I przyznam Wam, że nagle poczułem w sobie znajome poruszenie.

Bo choć bardzo lubię Niemcy, Francję i wszystkie europejskie miejsca, które odwiedziliśmy, to jednak powrót do własnego kraju jest czymś szczególnym.

Nawet jeśli człowiek doskonale zna jego wady.

A tych przecież nam nie brakuje.

Polskie polityczne awantury.

Drogowe szaleństwa.

Wieczne narzekania.

I ta nasza narodowa skłonność do spierania się niemal o wszystko.

Ale co tam!

To przecież nasza Polska!

Nasz ukochany grajdołek.

Nasze polskie piekiełko.

Jak to powiedział Wyspiański w „Weselu”:

„A to Polska właśnie”.

I właśnie do niej wracaliśmy.

Przekroczyliśmy granicę.

I nagle zacząłem zauważać różnice.

Dobry asfalt.

Czytelne drogowskazy.

Porządek przy drodze.

A do tego...

Reklamy!

Mnóstwo reklam!

Małych, dużych, kolorowych i takich, które najwyraźniej postanowiły poinformować kierowcę o wszystkim, czego jeszcze nie wiedział, że potrzebuje.

Pomyślałem sobie, że chyba wróciliśmy do kraju, w którym marketing nie zna granic.

Ale muszę przyznać, że nasze drogi naprawdę zmieniły się przez ostatnie lata.

Polska, którą pamiętam z dawnych samochodowych wypraw, wyglądała zupełnie inaczej.

Dziś nieraz można się pozytywnie zdziwić.

I właśnie takie zdziwienie czekało mnie na drodze do Stargardu.

Rozdział VI. Stargard — czyli przyjaciele, których czas nie potrafi oddalić

Zbliżaliśmy się do Stargardu.

Mojego rodzinnego miasta.

A to już nie jest zwykła nazwa na drogowskazie.

To kawał mojego życia.

Wspomnienia.

Ludzie.

Miejsca, które nawet po wielu latach pozostają człowiekowi bliskie.

Przyznam, że niektórymi tutejszymi drogami jechałem ostatnio może piętnaście lat temu.

I teraz?

Niespodzianka!

Nowe rozwiązania drogowe, przebudowane węzły, odmienione otoczenie.

Aż miło popatrzeć.

Przez węzeł Szczecin-Kijewo skierowaliśmy się w stronę Stargardu.

Tym razem to ja przejąłem kierownicę Osiełka.

Szefowa wykonała już kawał znakomitej roboty na niemieckich autostradach, więc wypadało, żeby kapitan również trochę popracował.

Zwłaszcza na własnej ziemi!

Ale najważniejsze czekało nas dopiero na końcu tego odcinka.

Nocleg u przyjaciół, w Motelu Polonus pod Stargardem, w Morzyczynie.

I tutaj, drodzy Czytelnicy, nastąpiło coś, czego żaden system nawigacyjny nie potrafi przewidzieć.

Otóż człowiek przyjeżdża po pięciuset kilometrach podróży, zmęczony, marzący o odpoczynku.

A potem spotyka przyjaciół, których nie widział od wielu lat.

I co?

Zmęczenie nagle przestaje być najważniejsze!

Bo jak tu iść spać, kiedy tyle trzeba sobie opowiedzieć?

Co u Was?

Co u nas?

A pamiętasz, jak...?

A słyszałeś, co się wydarzyło...?

I tak rozmowa goni rozmowę.

Lata rozłąki kurczą się do kilku chwil.

Człowiek odkrywa, że z prawdziwymi przyjaciółmi czas obchodzi się wyjątkowo łagodnie.

Można się długo nie widzieć, a potem usiąść razem i rozmawiać tak, jakby ostatnie spotkanie odbyło się zaledwie wczoraj.

Nie potrzebowaliśmy wielkich atrakcji.

Nie potrzebowaliśmy zamków, muzeów ani wyszukanych restauracji.

Wystarczyła obecność bliskich ludzi.

I to był chyba najpiękniejszy moment całego pierwszego dnia powrotu.

Ale nawet najlepsza rozmowa musi się kiedyś skończyć.

Bo nazajutrz czekały nas kolejne cztery setki kilometrów.

A więc dobranoc!

Osiełek odpoczywa.

Kiana odpoczywa.

My też powinniśmy.

Chociaż z tym ostatnim bywało najtrudniej.

Rozdział VII. S10 — droga, która ma więcej cierpliwości niż kierowcy

Następnego ranka, po śniadaniu i serdecznym pożegnaniu z przyjaciółmi, ruszyliśmy dalej.

Kierunek: Grądy!

Przed nami około 400 kilometrów.

I tu, jak na zawołanie, wróciła do naszej opowieści stara znajoma.

Droga S10!

Pamiętacie?

To właśnie o niej wspominałem w pierwszej części wyprawy, kiedy zastanawiałem się, ile jeszcze lat potrwa jej budowa.

No cóż.

Minęło trochę czasu, a ja nadal mam wrażenie, że S10 jest przedsięwzięciem, przy którym budowniczowie egipskich piramid mogliby uchodzić za wyjątkowo niecierpliwych.

Oczywiście żartuję.

Prace postępują, drogi się zmieniają i jest coraz lepiej.

Stargard już od dawna korzysta ze swojej obwodnicy.

Wałcz również doczekał się wygodnego obejścia.

Ale dalej na wschód wciąż można znaleźć miejsca, które przypominają, że budowanie dróg to nie tylko kwestia asfaltu, lecz również cierpliwości kilku pokoleń kierowców.

A ja?

Ja cierpliwość mam.

Przynajmniej wtedy, kiedy tempomat może pracować.

Choć na remontowanym odcinku trzeba czasem zapomnieć nawet o swojej ukochanej dziewięćdziesiątce.

Rozdział VIII. Wałcz, Piła, Kujawy — coraz bliżej domu

Mijaliśmy Wałcz.

Miasto, którego okolice kryją fragmenty dawnych niemieckich umocnień Wału Pomorskiego, pamiętających dramatyczne walki drugiej wojny światowej.

To miejsca, które mogłyby stać się tematem zupełnie osobnej opowieści.

Ale tym razem nie zatrzymywaliśmy się na historyczne wędrówki.

Grądy czekały!

Dalej Piła.

I tutaj przypomniał mi się film „Testosteron” oraz niezapomniany Fistach, który o tym mieście wypowiadał się w sposób — powiedzmy delikatnie — niezbyt pochlebny.

Ale ja nie zamierzam przyjmować filmowych opinii za prawdę objawioną!

Piła to przecież normalne, ciekawe miasto.

A że ktoś miał tam niezbyt szczęśliwe przygody?

Cóż.

To jeszcze nie powód, żeby obrażać całą miejscowość.

Tym bardziej że — jak podejrzewam — mieszkają tam również bardzo sympatyczne panie.

Jedziemy dalej.

Kujawy!

Bydgoszcz.

Toruń.

Dwa piękne miasta, które potrafią ze sobą rywalizować z zaangażowaniem godnym najlepszych derbów piłkarskich.

Każde ma własną historię, zabytki i powody do dumy.

A jedno z nich ma nawet szczególną zdolność do wywoływania ogólnopolskich dyskusji.

Ale politykę zostawmy politykom.

My mamy znacznie przyjemniejszą sprawę.

Wracamy do domu!

I właśnie w tym momencie zaczęło dziać się coś niezwykłego.

Im bliżej byliśmy Grądów, tym mniej interesowały mnie kolejne drogowskazy i atrakcje turystyczne.

Bo okolica stawała się coraz bardziej znajoma.

Tu już nie potrzebowałem przewodnika.

Ani nawet szczególnej pomocy nawigacji.

Wiedziałem, gdzie jesteśmy.

Rozdział IX. Brodnica, Lidzbark, Kiełpiny... GRĄDY!

Brodnica.

Następnie droga w kierunku Lidzbarka.

Potem Kiełpiny.

I już!

Jeszcze chwila.

Jeszcze kawałek.

GRĄDY!

Nasze ukochane, śliczne Grądy!

I nagle wszystkie kilometry, autostrady, objazdy, tankowania i hotelowe noclegi nabrały zupełnie innego znaczenia.

Bo oto wielka pętla przez Europę właśnie się zamykała.

Z tego miejsca wyruszyliśmy.

I do tego miejsca wróciliśmy.

Po ponad dwóch miesiącach, po odwiedzinach u obu córeczek i po ponad trzech tysiącach kilometrów spędzonych w podróży.

A wiecie, co jest najpiękniejsze?

Że człowiek może zachwycać się francuskimi miasteczkami, niemieckimi autostradami, zabytkowymi zamkami, słonymi górami i kwitnącymi lotosami.

Może delektować się wybornymi matjasami w Glückstadt.

Może pokochać Hamburg, polubić Kötschlitz i zazdrościć Luksemburczykom darmowej komunikacji.

Ale kiedy wraca do własnego domu, odkrywa coś bardzo prostego.

Że wszystkie te wspaniałe miejsca nie zmieniły jednego.

Najpiękniejsze Grądy to nadal moje Grądy.

Nie dlatego, że są największe.

Nie dlatego, że mają wieżowce, port lotniczy czy słynne restauracje.

Po prostu dlatego, że są moje.

A właściwie — nasze.

I żaden przewodnik turystyczny nie potrafi tego opisać lepiej niż serce.

Epilog. Osiełek wrócił. A policjant przywiózł radiowóz!

No i koniec.

Naprawdę koniec!

Ponad 3000 kilometrów po europejskich drogach.

Polska.

Niemcy.

Francja.

Luksemburg.

Dwie ukochane córeczki.

Dwie niezwykłe kotki, które z trudem dochodziły do porozumienia.

Jedna kochana żona, która znakomicie poradziła sobie za kierownicą.

I jeden wierny samochód.

OSIEŁEK!

Nasza KIA Sportage z 2010 roku.

Szesnastoletni przyjaciel, który ponownie udowodnił, że do wielkiej podróży nie potrzeba samochodu wartego fortunę.

Trzeba tylko o niego dbać.

A on odwdzięczy się tym, co w samochodzie najważniejsze.

Bezpiecznie dowiezie nas do celu.

I za to naszemu Osiełkowi należy się wielkie podziękowanie!

Ale zanim ostatecznie zamknę tę opowieść, muszę zdradzić Wam jeszcze jeden szczegół.

Otóż z tej całej wyprawy przywiozłem sobie pewną pamiątkę.

Nie francuskie perfumy.

Nie luksemburską porcelanę.

Nie kawałek soli z Monte Kali.

I nawet nie zapas matjasów z Glückstadt.

Przywiozłem...

RADIOWÓZ!

Spokojnie!

Nie prawdziwy. Ale za to mercedes.

Maleńki, zabawkowy radiowóz niemieckiej policji, kupiony na stacji ARAL.

Zobaczyłem go i po prostu nie mogłem się oprzeć.

W końcu przez wiele lat sam byłem policjantem.

A jak mówi stare porzekadło:

Ciągnie swój do swego!

No i tak oto w domu w Grądach znalazł się kolejny samochód.

Znacznie mniejszy od Osiełka.

I chyba trochę łatwiejszy w parkowaniu.

Nie wiem jeszcze, czy dostanie własne imię.

Ale patrząc na nasze rodzinne tradycje motoryzacyjne, wszystko jest możliwe.

A ja?

Ja siedzę sobie i wspominam.

Naszą podróż.

Ludzi, których spotkaliśmy.

Miejsca, które zobaczyliśmy.

Uśmiechy naszych córeczek.

Kianę, która na niemieckiej stacji benzynowej została gwiazdą fotografii.

I Osiełka, który przez całą tę przygodę robił to, do czego został stworzony.

Jechał.

Spokojnie.

Wytrwale.

Bez popisywania się.

Najczęściej dziewięćdziesiątką na tempomacie.

I wiecie co?

Gdybym miał odbyć tę wyprawę jeszcze raz, niewiele bym zmienił.

Może wziąłbym trochę mniej bagażu.

Może zjadł jeszcze jeden talerz matjasów.

Ale na pewno nie zrezygnowałbym z najważniejszego.

Z tego spokojnego podróżowania, podczas którego jest czas na rozmowę, obserwacje i zwykłą radość życia.

Bo przez te wszystkie kilometry przekonałem się o jednej rzeczy:

Nie trzeba pędzić, żeby daleko zajechać.

A najwspanialsze podróże mają jeszcze jedną szczególną zaletę.

Pozwalają człowiekowi odkryć na nowo, jak dobrze jest wrócić do domu.

Do moich ukochanych Grądów.


Z serdecznym podróżniczym pozdrowieniem — dawny gliniarz, miłośnik bratwurstów i matjasów, opiekun perskiej championki oraz kierowca wiernego Osiełka, niezmienny zwolennik dziewięćdziesiątki na tempomacie.

KONIEC WYPRAWY. ALE NIE KONIEC NASZYCH OPOWIEŚCI!

Komentarze

Popularne posty