90 km/h przez Europę, czyli KIA, Kiana i IKEA
Część I. Z moich ślicznych Grądów do czarującego Kötschlitz
Opowieść o tym, że nie trzeba pędzić 150 km/h, aby przeżyć przygodę. Czasem wystarczy stara, poczciwa KIA Sportage, tempomat ustawiony na dziewięćdziesiątkę, odrobina cierpliwości i żona, która jeszcze nie wie, że na końcu pierwszego etapu czeka na nią IKEA.
Rozdział I. Wielka wyprawa zaczyna się w małych Grądach
Każda wielka podróż musi się gdzieś rozpocząć. Kolumb wyruszył z Palos, Magellan z Sanlúcar de Barrameda, a ja postanowiłem ruszyć z moich ukochanych, ślicznych Grądów.
I powiem Wam jedno: nie zamieniłbym tego miejsca na żaden port świata!
Cel naszej wyprawy było równie piękne, co odległe — Woippy, niewielka miejscowość w pobliżu Metz, we Francji, gdzie znajduje się domek mojej córeczki. A skoro do córki, to wiadomo — żadna odległość nie jest zbyt wielka, żadna autostrada zbyt długa, a żadna niemiecka nazwa miejscowości zbyt trudna do wymówienia.
Podróż postanowiliśmy podzielić na dwa etapy. Pierwszy miał zakończyć się w Kötschlitz, nieopodal Lipska. Miejscowości, o której istnieniu jeszcze niedawno nie miałem zielonego pojęcia, a która — jak się później okazało — potrafiła nas oczarować.
Do dyspozycji mieliśmy naszą dzielną KIA Sportage, rocznik 2010. Samochód, który nie należy już do motoryzacyjnych młodzieniaszków, ale wciąż ma w sobie coś, czego nie znajdziemy w niejednym współczesnym pojeździe: charakter.
Nie ma może na pokładzie siedemnastu ekranów, sztucznej inteligencji ani asystenta, który przypomina kierowcy, żeby oddychał. Za to ma kierownicę, silnik, wygodne fotele i — co w tej historii niezwykle ważne — tempomat!
W samochodzie oczywiście moja żona, a także nasza kotka Kiana. Kotka, która zapewne uważała, że cała ta wyprawa została zorganizowana przede wszystkim dla niej, a my jesteśmy jedynie personelem pomocniczym odpowiedzialnym za transport, wyżywienie i zakwaterowanie.
Rozdział II. Dziewięćdziesiątka, czyli filozofia człowieka, któremu się nie spieszy
Zanim wyruszyliśmy, przypomniałem sobie relację pewnego podróżnika, który opisywał samochodową wyprawę z Polski do Hiszpanii.
Człowiek ten postanowił, że nie będzie przekraczał 85 km/h.
Osiemdziesiąt pięć!
Pomyślałem sobie: albo to niezwykle mądry człowiek, albo ma tyle czasu, że mógłby po drodze jeszcze nauczyć się hiszpańskiego.
Ale im dłużej nad tym rozmyślałem, tym bardziej podobała mi się jego filozofia.
Po co gnać? Po co ścigać się z całym światem? Po co zużywać paliwo, nerwy, opony i własne zdrowie tylko po to, żeby przyjechać dwadzieścia minut wcześniej i przez następne pół godziny dochodzić do siebie?
Postanowiłem więc przyjąć podobną zasadę, choć z niewielką poprawką wynikającą ze znajomości polskich realiów.
Moja prędkość podróżna: maksymalnie 90 km/h.
Nie 89, nie 91. Dziewięćdziesiąt. Oczywiście tam, gdzie pozwalają na to przepisy i warunki.
Tempomat włączony, KIA mruczy, krajobraz przesuwa się za szybami, a ja zaczynam odczuwać coś, czego współcześni kierowcy często nie znają.
Spokój!
Zresztą kierowcy ciężarówek od lat stosują podobną filozofię. Ich pojazdy mają ograniczniki prędkości, a jazda z prędkością około 90 km/h to dla wielu z nich codzienność.
Skoro wielki TIR z kilkudziesięcioma tonami ładunku potrafi przemierzać Europę w takim tempie, to dlaczego moja KIA miałaby udawać bolid Formuły 1?
Oczywiście na autostradzie nie oznaczało to jazdy z TIR-ami zderzak w zderzak. Chodziło o spokojne, przewidywalne tempo, bez nerwowych manewrów i niepotrzebnego popisywania się.
Można powiedzieć, że wymyśliłem własną dyscyplinę sportową.
Motoryzacyjny slow travel z tempomatem.
I bardzo mi się to spodobało.
Rozdział III. Polska drogowa szkoła przetrwania
Z Grądów ruszyliśmy przez znajome tereny w kierunku Brodnicy, dalej Gronowa i kolejnych dróg prowadzących ku zachodowi. Trochę S-10, potem na południe S-5 i dalej na zachód A2.
Polska przywitała nas tym, czym potrafi przywitać kierowcę najlepiej.
Robotami drogowymi.
Szczególnie droga S10, a właściwie jej budowane i przebudowywane fragmenty, dostarczyła mi okazji do refleksji nad upływem czasu. (poniżej zrzut ze StreetView)
Pamiętam, jak przed wielu laty — być może jeszcze około 2000 roku — przeczytałem w gazecie, że cała trasa S10 ma być ukończona w 2026 roku.
Wtedy rok 2026 wydawał się czymś niezwykle odległym. Niemal przyszłością z powieści fantastycznonaukowej. Człowiek wyobrażał sobie, że będziemy już latać samochodami, a przynajmniej jeździć po drogach bez dziur i objazdów.
Tymczasem przyszłość nadeszła.
Samochody wciąż nie latają, za to koparki nadal kopią.
Patrząc na rozmaite utrudnienia, pomyślałem sobie, że może jeszcze dwa latka i będzie dobrze. Chociaż w Polsce określenie „jeszcze dwa lata” ma szczególną właściwość — potrafi zachować aktualność przez bardzo długi czas.
Nie chcę być niesprawiedliwy. Nasze drogi przez ostatnie dziesięciolecia zmieniły się nie do poznania. Pamiętam czasy, kiedy dłuższa podróż samochodem przypominała wyprawę terenową, a mapa papierowa była ważniejsza niż telefon.
Dziś jest znacznie lepiej.
Tylko te remonty!
Chwilami odnosiłem wrażenie, że drogowcy przyjęli ambitny plan: zanim skończą budować jedną drogę, trzeba koniecznie rozpocząć modernizację następnej, żeby przypadkiem nie zabrakło kierowcom atrakcji.
Rozdział IV. Licencjonowani kretyni za kierownicą
Jadąc swoją spokojną dziewięćdziesiątką, mogłem obserwować interesujące zjawiska z dziedziny psychologii drogowej.
Na przykład kierowców, dla których podwójna linia ciągła jest najwyraźniej jedynie propozycją dekoracyjną.
Zdarzali się tacy, którzy wyprzedzali mnie na zakrętach, w miejscach z ograniczoną widocznością, z miną człowieka przekonanego, że prawa fizyki dotyczą wyłącznie innych uczestników ruchu.
Nazwijmy ich delikatnie: licencjonowani kretyni.
Choć, prawdę mówiąc, nie wiem, kto im te licencje wydaje.
Jeden z takich mistrzów kierownicy potrafił wykonać manewr tak ryzykowny, że przez chwilę zastanawiałem się, czy przypadkiem nie bierze udziału w castingu do kolejnej części filmu „Szybcy i wściekli”.
Tyle że w filmach są kaskaderzy, zamknięte drogi i specjalne zabezpieczenia.
A tutaj?
Zwykła polska szosa, zakręt, podwójna ciągła i człowiek, który najwyraźniej spieszy się na własny pogrzeb.
Pomyślałem też o moich kolegach policjantach. Zapewne mają tyle różnych obowiązków, że nie zawsze mogą zajmować się podobnymi wyczynami.
Szkoda, bo niektórym kierowcom przydałaby się krótka, pouczająca rozmowa z funkcjonariuszem.
Najlepiej zakończona rachunkiem za własną głupotę.
A ja?
Ja nadal swoje 90 km/h.
Bez pośpiechu. Bez wyścigów. Z pełnym przekonaniem, że lepiej dojechać do Francji później niż do szpitala wcześniej.
Rozdział V. Żnin, czyli kawa, ciastko i najszybszy czworonożny podróżnik Europy
W pobliżu Żnina postanowiliśmy zrobić przyjemny pit-stop na stacji Orlenu.
Nie chodziło o żaden dramatyczny brak paliwa ani o awarię. Po prostu człowiek czasami musi wysiąść, rozprostować nogi i przypomnieć sobie, że świat istnieje również poza przednią szybą samochodu.A dobra kawa?
Dobra kawa podczas długiej podróży to nie napój. To instytucja!
Do kawy oczywiście ciastko. Bo przecież trzeba jakoś uzupełniać energię zużytą na intensywne operowanie tempomatem.
I właśnie tam spotkaliśmy niezwykle sympatyczną młodą rodzinę.
Małżeństwo z maleńkim dzieckiem, które — jak powiedziała nam jego mama — podróżowało chyba aż do Chorwacji.
Maluch miał może rok, może półtora. Jeszcze nie chodził, ale najwyraźniej uznał, że chodzenie jest przereklamowane.
Zamiast tego poruszał się na czworakach.
I to jak!
Boso, po podłodze stacji benzynowej, przemieszczał się z prędkością, która mogłaby zawstydzić niejednego uczestnika wyścigów.
Obserwowaliśmy go z autentycznym podziwem.
Dziecko nie potrzebowało butów, samochodu ani nawet prawa jazdy. Wystarczyły cztery kończyny, kawałek podłogi i nieograniczona ciekawość świata.
Pomyślałem sobie, że gdyby ten mały odkrywca miał tempomat, to prawdopodobnie ustawiłby go na 120 km/h.
A może nawet więcej!
Rodzice najwyraźniej byli już przyzwyczajeni do jego sportowych osiągnięć. My natomiast mieliśmy darmowy pokaz dziecięcej motoryzacji ekstremalnej.
Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie zapytać mamy, czy mały trenuje już do olimpiady w konkurencji „sprint na czworakach”.
Ostatecznie ograniczyliśmy się do uśmiechów i podziwu.
Takie właśnie spotkania są jednym z uroków podróżowania. Człowiek zatrzymuje się na kawę, a wyjeżdża z historią, którą pamięta znacznie dłużej niż smak ciastka.
Dopiliśmy kawę, wróciliśmy do naszej KIA, sprawdziliśmy, czy Kiana nadal akceptuje warunki podróży, i ruszyliśmy dalej.
Dziewięćdziesiątka na tempomacie.
Hej, przygodo!
Rozdział VI. Autostrada A2 i tajemnica znikających TIR-ów
W końcu dotarliśmy do autostrady A2.
I tu miła niespodzianka.
Ruch całkiem przyzwoity, bez wielkich tłumów, bez nerwowej atmosfery i — co dla mnie szczególnie ważne — bez niekończących się kolumn ciężarówek.
Muszę bowiem zdradzić jeden z moich podróżniczych sekretów.
Latem staram się wyruszać w weekendy.
Nie dlatego, że mam jakąś szczególną słabość do sobót czy niedziel. Powód jest znacznie bardziej praktyczny.
W weekendy, zwłaszcza w niedziele i w okresach obowiązywania ograniczeń ruchu ciężarowego, znaczna część TIR-ów odpoczywa na parkingach.
A widok dziesiątek wielkich ciężarówek stojących grzecznie jedna obok drugiej jest dla kierowcy osobówki widokiem niezwykle kojącym.
Wyglądają trochę jak stado ogromnych metalowych bizonów, które postanowiły urządzić sobie wspólną sjestę.
I bardzo dobrze!
Nie mam absolutnie nic przeciwko kierowcom ciężarówek. Wykonują trudną, odpowiedzialną i potrzebną pracę. Bez nich sklepy szybko świeciłyby pustkami, a połowa Europy zaczęłaby nerwowo szukać dostaw.
Ale przyznaję, że autostrada bez niekończących się sznurów TIR-ów ma swój niepowtarzalny urok.
Zwłaszcza kiedy człowiek postanowił podróżować spokojnie.
Nasza KIA sunęła więc majestatycznie, a ja czułem się trochę jak kapitan statku płynącego po spokojnym morzu.
Różnica polegała na tym, że statek nie ma tempomatu ustawionego na 90 km/h, a jego kapitan nie musi co jakiś czas wysłuchiwać pytań o najbliższą toaletę.
Rozdział VII. Niemcy, czyli autostradowa wolność i moja dobrowolna dyscyplina
Po przekroczeniu granicy znaleźliśmy się u naszych zachodnich sąsiadów.
Niemieckie autostrady od lat obrastają legendą.
Autobahn!
Słowo, które dla wielu kierowców brzmi jak zaproszenie do motoryzacyjnego raju.
Na niektórych odcinkach nie ma ogólnego ograniczenia prędkości, więc można zobaczyć samochody pędzące z szybkością, przy której moja KIA wyglądałaby jak uczestnik niedzielnej parady zabytkowych pojazdów.
Ale mnie to nie przeszkadzało.
Niech sobie jadą.
Niektórzy mają 300 koni mechanicznych pod maską, ja mam dziewięćdziesiątkę na tempomacie i święty spokój.
Każdy korzysta z życia na swój sposób.
Co ciekawe, również w Niemczech dostrzegłem wiele ciężarówek odpoczywających na parkingach. Weekendowa strategia działała więc także tutaj.
Od czasu do czasu mijali nas kierowcy, którzy zapewne zdążyliby dojechać do Francji, wrócić i jeszcze zrobić zakupy, zanim my osiągnęlibyśmy nasz cel.
Ale czy zobaczyliby tyle co my?
Czy mieliby czas spokojnie podziwiać krajobraz, porozmawiać, posłuchać muzyki i zastanowić się nad tym, co właściwie jest najprzyjemniejsze w podróżowaniu?
Wątpię.
Choć przyznaję, że nie próbowałem ich o to pytać.
Przy ich prędkości rozmowa przez uchyloną szybę byłaby raczej trudna.
Rozdział VIII. Lipsk, samoloty i wielki świat
Zbliżając się do Lipska, mijaliśmy ogromny port lotniczy Leipzig/Halle.
To naprawdę imponujące miejsce.
Lotnisko słynie nie tylko z ruchu pasażerskiego, ale również z wielkiego znaczenia dla transportu towarowego. Jest jednym z ważnych europejskich centrów lotniczego cargo.
Pomyślałem sobie, że to ciekawa ironia losu.
Ja jadę dziewięćdziesiątką, starannie oszczędzając paliwo i nerwy, a gdzieś obok wielkie samoloty transportowe przemieszczają tony przesyłek z prędkością kilkuset kilometrów na godzinę.
Może w jednym z nich leci paczka z nowymi butami, zamówionymi wczoraj przez kogoś, kto nie może poczekać trzech dni.
A ja?
Ja jadę do córki.
I mam na to czas.
W takich chwilach człowiek zaczyna rozumieć, że prędkość jest pojęciem względnym. Dla samolotu dziewięćdziesiątka to ledwie rozpęd, dla rowerzysty — fantastyka, a dla mnie — idealne tempo wakacyjnej wyprawy.
A teraz jeszcze ciekawostka. Czy wiecie, że dyrektorem Instytutu Antropologii Ewolucyjnej Maxa Plancka w Lipsku jest Svante Pääbo – szwedzki biolog i genetyk ewolucyjny, który w 2022 roku otrzymał on Nagrodę Nobla w dziedzinie fizjologii lub medycyny za swoje pionierskie odkrycia dotyczące genomów wymarłych homininów i ewolucji człowieka. Najważniejsze informacje o jego osiągnięciach w Lipsku:
- Zsekwencjonowanie genomu neandertalczyka: Svante Pääbo dokonał czegoś, co przez lata uznawano za naukowo niemożliwe – wyizolował i w pełni zdekodował DNA z kości neandertalczyków liczących kilkadziesiąt tysięcy lat.
- Odkrycie nowego gatunku: Analizując fragment kości palca znaleziony w Syberii, odkrył zupełnie nieznanego wcześniej praczłowieka – Denisowianina.
Lipsk zostawiliśmy w pobliżu, kierując się do niewielkiego Kötschlitz.
Nazwa może nie brzmi jak znany kurort, ale wkrótce mieliśmy się przekonać, że czasem najprzyjemniejsze niespodzianki czekają właśnie tam, gdzie człowiek najmniej się ich spodziewa.
Rozdział IX. Kötschlitz — mała miejscowość, wielka niespodzianka
Kötschlitz!
Przyznajcie sami, że nazwa brzmi trochę tak, jakby ktoś kichnął po niemiecku.
A jednak właśnie tutaj zaplanowaliśmy pierwszy nocleg.
Niewielka miejscowość w Saksonii-Anhalt, w okolicach Lipska, okazała się bardzo przyjemnym miejscem na odpoczynek po długiej trasie.
Naszym celem był Willow Hotel Restaurant w Kötschlitz.
I tutaj zaczęła się seria miłych niespodzianek.
Po pierwsze — podziemny parking.
Dla kierowcy, który przejechał kilkaset kilometrów, możliwość spokojnego pozostawienia samochodu pod dachem jest niemal tak przyjemna jak wygodny fotel po całym dniu pracy.
Nasza KIA mogła wreszcie odpocząć.
Po drugie — bardzo przyjemny hotel i świetna restauracja.
Po trzecie — akceptacja zwierząt.
A to ostatnie było dla nas szczególnie ważne, ponieważ podróżowała z nami Kiana.
Za pobyt kotki zapłaciliśmy 15 euro.
Piętnaście euro!
Kiana nie wyglądała na szczególnie wzruszoną tą informacją. Podejrzewam, że uważała tę kwotę za całkowicie uzasadnioną opłatę za zaszczyt goszczenia tak wyjątkowej osobistości.
Nie wiem, czy obsługa hotelu zdawała sobie sprawę, z kim ma do czynienia.
Bo Kiana to nie jest zwyczajna kotka!
To rodowita perska arystokratka, była championka Polski z 2012 roku. Krótko mówiąc — mamy na pokładzie osobistość z tytułami, przy której niejeden hotelowy VIP mógłby poczuć się nieco zakłopotany.
Ale za tymi zaszczytami kryje się również niezwykła i wzruszająca historia.
Kiana straciła mamusię podczas porodu i od pierwszych dni życia była karmiona przez człowieka z butelki. Nic więc dziwnego, że z ludźmi związała się wyjątkowo mocno. Nas traktuje jak swoich przybranych rodziców, a inne koty... no cóż, powiedzmy delikatnie, że nie należą do jej ulubionego towarzystwa.
Najwyraźniej uważa, że skoro ma już własną ludzką rodzinę, to po co jej jeszcze jakieś koty?
I trudno odmówić jej pewnej logiki.
Tak więc hotel Willow gościł nie tylko dwoje polskich podróżników, lecz również utytułowaną perską damę, która za jedyne 15 euro łaskawie zgodziła się spędzić noc w Kötschlitz.
My w każdym razie nie zamierzaliśmy wyprowadzać nikogo z błędu.
Kiana obejrzała nowe otoczenie z właściwą sobie kocią powagą, jakby przeprowadzała inspekcję apartamentu przed jego oficjalnym odbiorem.
Podejrzewam, że gdyby znalazła jakąś niedoskonałość, natychmiast zażądałaby rozmowy z dyrektorem hotelu.
Na szczęście wszystko było w porządku.
Rozdział X. Restauracja, śniadanie i niemiecka gościnność
Po całym dniu jazdy przyjemna restauracja jest miejscem niemal świętym.
Można usiąść, odetchnąć, porozmawiać i przypomnieć sobie, że człowiek nie jest integralną częścią fotela kierowcy.
Hotelowa restauracja zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie.
A śniadanie następnego ranka?
Pyszne!
Nie wiem, jak to jest, ale hotelowe śniadania mają w sobie coś szczególnego. Człowiek w domu często zadowala się kanapką i kawą, natomiast w hotelu nagle odkrywa w sobie naturę smakosza.
Przechadza się między potrawami, analizuje wybór, zastanawia nad kolejną porcją i dochodzi do wniosku, że przecież trzeba spróbować wszystkiego.
W końcu śniadanie jest w cenie!
Zaraz, zaraz...
Jakiej cenie?
Przepraszam bardzo! Śniadanie kosztowało 16 euro od osoby!
Szesnaście euro! Czyli za nas dwoje 32 euro. Na szczęście Kiana nie zamawiała jajecznicy, bo jeszcze musiałbym rozważyć zaciągnięcie kredytu konsumpcyjnego.
Ale przyznaję uczciwie — śniadanie było naprawdę znakomite i warte swojej ceny.
Przy okazji zauważyliśmy, że sporą część hotelowej obsługi stanowiły osoby pochodzenia azjatyckiego. Ujęły nas wyjątkową uprzejmością, serdecznością i uśmiechem. Czuliśmy się naprawdę mile widziani.
A poza tym przed nami kolejny etap podróży, więc energię trzeba zgromadzić.
Ważne tylko, żeby nie zgromadzić jej tyle, że później trzeba będzie poluzować pasek przed zajęciem miejsca za kierownicą.
Rozdział XI. IKEA, czyli tajemnicze zjawisko kobiecej euforii
I tutaj dochodzimy do jednego z najbardziej zagadkowych momentów całej wyprawy.
Otóż niedaleko hotelu znajdowało się duże centrum handlowe.
A w nim...
IKEA!
Drodzy Czytelnicy, nie wiem, czy zetknęliście się kiedyś z podobnym zjawiskiem, ale widok charakterystycznego niebiesko-żółtego szyldu wywołał u mojej żony reakcję, którą trudno opisać językiem zwykłej nauki.
To było coś pomiędzy nagłym przypływem energii, euforią i odkryciem zaginionego skarbu.
Jeszcze przed chwilą mieliśmy za sobą długą podróż, zmęczenie i setki kilometrów.
A teraz?
Jakby ktoś podłączył moją małżonkę do ładowarki o mocy stu kilowatów.
IKEA!
Nagle okazało się, że wcale nie jesteśmy zmęczeni, że warto się rozejrzeć i że przecież „można tylko na chwilkę zajrzeć”.
Szanowni Panowie!
Czy Wy też znacie to zdanie?
„Tylko na chwilkę”.
W moim doświadczeniu jest to jedno z najbardziej elastycznych określeń czasu, jakie wymyśliła ludzkość.
Może oznaczać pięć minut, godzinę, a w skrajnych przypadkach — utratę kontaktu z rzeczywistością.
I nie chodzi nawet o to, żeby coś kupić.
Chodzi o możliwość obejrzenia szafek, stolików, lamp, półek, pudełek, koszyczków i tysiąca przedmiotów, o których istnieniu człowiek wcześniej nie miał pojęcia, a które po wejściu do sklepu okazują się absolutnie niezbędne do szczęścia.
Zastanawiam się, czy inne panie reagują podobnie.
Może to jakaś tajemnicza siła przyciągania?
Może Szwedzi odkryli nieznane dotąd prawo fizyki?
A może po prostu nie rozumiem uroku dobrze zaprojektowanej szuflady?
Nie wiem.
Wiem tylko, że gdybym chciał sprawić mojej żonie wielką niespodziankę, nie musiałbym zabierać jej do Paryża.
Wystarczyłoby powiedzieć:
„Kochanie, jedziemy do IKEA!”.
I kto wie, czy nie byłaby to najbardziej romantyczna propozycja całej podróży.
Ale na szczęście...
Było jedno wielkie ALE!
Otóż była sobota. I to sobota wieczór.
A IKEA była już zamknięta!
Drodzy Czytelnicy, nie wiem, czy wierzycie w opatrzność, przeznaczenie i siły wyższe.
Ja od tego momentu zacząłem wierzyć we wszystkie trzy jednocześnie.
O losie ty mój! Czuwasz nade mną!
Oczywiście na twarzy natychmiast przybrałem wyraz głębokiego rozczarowania.
— Ojej, kochanie, jaka szkoda! Zamknięte! A tak bardzo chciałem obejrzeć te wszystkie szafki, półeczki i koszyczki...
W duchu natomiast dziękowałem wszystkim znanym mi świętym oraz niemieckim przepisom regulującym godziny otwarcia sklepów.
Bo oto los oszczędził mi wielogodzinnej wędrówki między regałami o nazwach, których nie potrafię wymówić, i rozważań nad tym, czy naprawdę potrzebujemy kolejnej lampki nocnej.
Pozostało tylko westchnąć, jeszcze przez chwilę poudawać żal i oznajmić:
— No cóż, kochanie. Trudno. Widocznie nie było nam pisane. Idziemy spać!
I tak oto, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, mogłem spokojnie udać się w kimę.
IKEA — 0. Kierowca KIA — 1.
Choć już wtedy podejrzewałem, że to zwycięstwo było tylko chwilowe.
Bo jak się później okazało to była niestety prawda. Domek naszej córeczki, do którego jechaliśmy znajdował się zaledwie 5 km od sklepu IKEA Metz, jadąc samochodem, autobusem czy rowerem bo na pieszo byłoby chyba jeszcze bliżej. Gore...
Rozdział XII. Dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę i ani jednego żalu
Wieczorem, kiedy mogliśmy już spokojnie pomyśleć o minionym dniu, doszedłem do pewnego wniosku.
Podróżowanie samochodem nie musi być wyścigiem.
Może być przyjemnością samą w sobie.
Wystarczy zmienić sposób myślenia.
Nie traktować każdego kilometra jak przeszkody do pokonania, lecz jak fragment opowieści.
Bo przecież po drodze wydarzyło się całkiem sporo.
Były nasze ukochane Grądy, polskie drogi i ich niekończące się remonty. Byli kierowcy, którzy najwyraźniej uważają podwójną linię ciągłą za dzieło abstrakcyjnego malarza.
Była kawa na Orlenie pod Żninem i mały, bosonogi mistrz sprintu na czworakach.
Była spokojna autostrada A2, odpoczywające stada TIR-ów, niemieckie Autobahny i wielkie lotnisko pod Lipskiem.
Była nasza dzielna KIA Sportage, która mimo swoich lat wciąż potrafi pokazać, że do dalekich podróży nie potrzeba najnowszego samochodu za fortunę.
Była Kiana, która za 15 euro stała się pełnoprawnym hotelowym gościem.
I była wreszcie IKEA, która wywołała u mojej żony więcej emocji niż niejedna atrakcja turystyczna.
A ja?
Ja miałem swoje 90 km/h.
I ani przez chwilę nie żałowałem tej decyzji.
Bo może właśnie na tym polega sekret udanej podróży.
Nie na tym, żeby jak najszybciej dotrzeć do celu, lecz żeby po drodze mieć co wspominać.
Epilog. Francja jeszcze poczeka
Pierwszy etap naszej wyprawy dobiegł końca.
Kötschlitz okazało się miejscem, do którego chętnie wróciłbym przy kolejnej okazji. Przyjemny hotel, dobra kuchnia, wygodny parking, sympatyczna atmosfera i świetna lokalizacja sprawiły, że nasz przypadkowy niemal wybór okazał się strzałem w dziesiątkę.
A przed nami wciąż była Francja.
Woippy, niedaleko Metz.
Domek naszej córeczki.
Kolejne kilometry, kolejne widoki i zapewne kolejne historie.
Nasza KIA odpoczywała po pierwszym etapie, Kiana zapewne planowała następne kocie inspekcje, a ja już wiedziałem, że nazajutrz znów ustawię tempomat.
Na dziewięćdziesiąt.
Bo po co zmieniać coś, co tak dobrze się sprawdza?
Ciąg dalszy nastąpi...
W części drugiej: z Kötschlitz do Woippy — przez Niemcy ku francuskiej Lotaryngii, gdzie czekała na nas córeczka, a po drodze zapewne jeszcze niejedna niespodzianka.
Z podróżniczym pozdrowieniem — kierowca KIA Sportage, rocznik 2010, zdecydowany zwolennik dziewięćdziesiątki na tempomacie.








Komentarze
Prześlij komentarz