90 km/h przez Europę, czyli KIA, Kiana i IKEA - Etap 3


Część III — Górą mapy, przez Luksemburg do krainy śledzi

Opowieść o tym, jak dwa koty prowadziły negocjacje dyplomatyczne, cztery sroki zerwały rozmowy pokojowe, w Luksemburgu można niechcący wyjechać poza strefę darmowych biletów, a kierowca zakochany w dziewięćdziesiątce oddał kierownicę żonie. I wszystko to w drodze do drugiej córeczki!


Rozdział I. Francuskie wakacje dobiegają końca, czyli znów pakujemy Osiełka


No i stało się.


Ponad dwa miesiące francuskiej laby dobiegły końca.


Dwa miesiące!


Przygód, spotkań, ciekawych zdarzeń i rozmaitych historii nazbierało się tyle, że spokojnie wystarczyłoby na osobną książkę.


Ale spokojnie, drodzy Czytelnicy.


Do francuskich przygód jeszcze wrócimy.


Bo gdybym teraz zaczął opowiadać wszystko, co wydarzyło się podczas naszego pobytu w Woippy, zapewne dotarlibyśmy do Elmshorn dopiero w następnym roku.

A przecież trzeba w końcu wrócić do domu.


Do naszych ukochanych Grądów!


Jednak nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy wybrali najprostszą drogę.


Po co wracać prosto do Polski, skoro można jeszcze trochę pojeździć po Europie?

Zwłaszcza że mieliśmy ku temu znakomity powód.


Drugą córeczkę!


Nasza Anna mieszka w Elmshorn, uroczym mieście w Szlezwiku-Holsztynie, niedaleko Hamburga.


A Hamburg...


Ach, Hamburg!


Jak ja uwielbiam to miasto!


Wolne i Hanzeatyckie Miasto Hamburg — bo tak brzmi jego oficjalna nazwa — jest nie tylko jednym z największych portów Europy, ale również osobnym krajem związkowym Niemiec.


Miasto o niezwykłej historii, wielkiej tradycji kupieckiej i charakterze, którego nie sposób pomylić z żadnym innym.


Ale o Hamburgu jeszcze opowiemy.


Na razie trzeba było przygotować naszego dzielnego Osiełka do kolejnego etapu podróży.


Osiełek, przypominam, to nasza poczciwa KIA Sportage z 2010 roku.


Samochód, który może nie wygląda jak najnowszy cud koreańskiej techniki, ale ma jedną wielką zaletę.


Można na niego liczyć.


Trzeba tylko nalać paliwa, sprawdzić, czy wszystko gra, i nie wymagać od niego osiągów bolidu Formuły 1.


A właściwie to dwóch zalet.


Bo ma jeszcze tempomat!


Nasza stara, dobra dziewięćdziesiątka nadal obowiązuje.


Oczywiście tam, gdzie pozwalają na to przepisy i warunki drogowe.


Kiana, nasza perska championka, również szykowała się do drogi.

Choć podejrzewam, że gdyby ktoś zapytał ją o zdanie, odpowiedziałaby:

„Jakiej drogi? Jakiego Elmshorn? Przecież dopiero co urządziłam sobie wygodne miejsce na zielonej poduszce!”.


Ale tym razem chodziło nie tylko o odwiedziny u Anny.


W Elmshorn czekała bowiem również pewna niezwykła osobistość.

A właściwie osobistość kocia.


Charlotte!


Znana także jako Szarlotka, Grubcia i Mysi Ząbek.


Ale zanim wyruszymy, muszę Wam opowiedzieć o pewnym spotkaniu na najwyższym szczeblu, do którego doszło jeszcze we Francji.


Rozdział II. Cesarzowa Kiana kontra Mysi Ząbek, czyli dyplomacja z pazurami


Otóż podczas naszego pobytu w Woippy odwiedziła nas Anna.


Przyjechała ze swoją kotką Charlotte.


Charlotte ma jednak tyle imion, że mogłaby spokojnie występować w dokumentach dyplomatycznych kilku państw jednocześnie.


Oficjalnie — Charlotte.


Pieszczotliwie — Szarlotka.

Zapewne od jabłek, choć nie podejrzewam jej o szczególną słabość do wypieków.


Dalej — Grubcia.


Tutaj przyczyna jest, powiedzmy, nieco bardziej widoczna.


A na koniec moje ulubione:


Mysi Ząbek!


Tak właśnie zwraca się do niej pani weterynarz.


Przyznajcie sami, że trudno o bardziej rozczulające imię.



I oto dwie damy znalazły się pod jednym dachem.


Z jednej strony Kiana — perska arystokratka, była championka Polski z 2012 roku, od lat przekonana, że świat został stworzony przede wszystkim dla jej wygody.


Z drugiej — Charlotte, zwana Mysim Ząbkiem, która najwyraźniej nie zamierzała uznawać żadnych cudzych tytułów szlacheckich.


Wyobrażacie sobie takie spotkanie?


To tak, jakby na jednym dworze pojawiły się nagle dwie cesarzowe.


I każda uważała, że tron należy wyłącznie do niej.


Powietrze aż trzeszczało od elektryczności!


Mózg się warzy, rozum wysiada, a człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie powinien powołać międzynarodowej komisji mediacyjnej.


Koty zachowywały się bowiem tak, jakby ktoś wyposażył je w magnesy zwrócone do siebie jednakowymi biegunami.


Zbliżenie?


Wykluczone!


Dystans dyplomatyczny?


Minimum jeden metr!


A najlepiej dwa.


Mijały się z wielką ostrożnością, prowadząc zapewne skomplikowane negocjacje wzrokowe.


„To moje terytorium”.

„A kto tak powiedział?”.

„Ja!”.

„To sobie mów”.


I tak od rana do wieczora.


Anna, właścicielka Mysiego Ząbka, niemal bez przerwy chodziła za swoją podopieczną, obawiając się, że w każdej chwili może dojść do międzynarodowego incydentu.


Bo jak wiadomo, wśród dam bywają emocje.


A kiedy damy mają jeszcze pazury, lepiej zachować szczególną ostrożność.


Muszę jednak przyznać, że cała sytuacja była niezwykle zabawna.


Dwie kotki, jeden dom i atmosfera niczym podczas rozmów pokojowych prowadzonych przy zamkniętych drzwiach.


Tyle że drzwi pozostawały otwarte, a negocjacje nie przynosiły rezultatów.

Przez większość pobytu obowiązywała zasada:


Pokojowe współistnienie — tak. Poufałość — absolutnie nie!


Rozdział III. Cztery sroki i koniec kociego zawieszenia broni


A jednak!


Kiedy wydawało się, że porozumienie między Kianą a Charlottą jest równie prawdopodobne jak śnieg w sierpniu na francuskiej Riwierze, nastąpił przełom.


Dopiero przedostatniego dnia pobytu Anny nasze kocie arystokratki zaczęły jakby łagodniej patrzeć na swoje wzajemne istnienie.


Nie było może serdecznych uścisków.


Nie było wymiany prezentów.


Nie podpisano również oficjalnego traktatu pokojowego.


Ale Kiana najwyraźniej uznała, że Charlotte może jednak skorzystać z uroków francuskiego ogrodu.


Szarlotka wyszła więc na zieloną trawkę.


A tam!


Zapachy ogrodowych roślin.


Świeże powietrze.


Cały świat do odkrycia!


Być może właśnie rozpoczynała się nowa era w stosunkach między obydwoma kotkami.


Era odprężenia.


Współpracy.


A może nawet przyjaźni?


I wtedy do akcji wkroczyły...


Cztery sroki!


Tak jest!


Cztery czarno-białe awanturnice, które najwyraźniej uznały, że w ogrodzie dzieje się coś podejrzanego.


Zleciały się i urządziły taki koncert, że trudno było ustalić, czy ogłaszają alarm, protestują przeciwko obecności kotów, czy po prostu prowadzą zebranie swojego stowarzyszenia.


Wrzask!

Skrzek!

Harmider!


Kiana, która jeszcze przed chwilą mogła uchodzić za strażniczkę ogrodowego pokoju, dokonała błyskawicznej oceny sytuacji.


I co zrobiła?


Wzięła nogi za pas!


Cała arystokratyczna godność, tytuły mistrzowskie i wieloletnie doświadczenie życiowe ustąpiły wobec czterech rozwrzeszczanych srok.


A biedna Szarlotka została sama.


Przestraszona.

Zaskoczona.

Prawdopodobnie głęboko rozczarowana postawą swojej starszej koleżanki.


No cóż.


Tak właśnie upadają wielkie sojusze.


Nie od wielkiej polityki.


Czasem wystarczą cztery sroki.


I po dyplomacji!


Ale mimo tych kocich komplikacji był to dla nas bardzo szczęśliwy czas.


Bo jakże przyjemnie jest mieć rodzinę w komplecie!


Ja, moja szefowa — czyli ukochana żona — i obie córeczki.


Takie chwile są bezcenne.


Niestety, po tygodniu Anna musiała wracać do Elmshorn.


Praca wzywała.


Mysi Ząbek również opuścił francuską placówkę dyplomatyczną.


Rozmowy pokojowe zostały odroczone do następnego spotkania.


Rozdział IV. Wracamy górą mapy!


Minęło jeszcze kilka tygodni.


Aż wreszcie przyszła pora pomyśleć o powrocie do Polski.


Oczywiście do Grądów.


Bo można zwiedzać Europę, można zachwycać się francuskimi krajobrazami, niemieckimi autostradami i luksusami Luksemburga, ale gdzieś tam w głowie cały czas odzywa się cichy głos:


„A może by tak już do domu?”.


I wtedy pojawił się pomysł.


Skoro i tak musimy pokonać spory kawał Europy, to może wrócić nieco inaczej?


Nie najkrótszą trasą.


Tylko...


Górą mapy!


Przez północne Niemcy.


Przez Hamburg.


Do Elmshorn!


Odwiedzimy jeszcze raz Annę.


A przy okazji Kiana i Mysi Ząbek będą mogły podjąć kolejną próbę nawiązania stosunków dyplomatycznych.


Choć po doświadczeniach z czterema srokami nie byłbym szczególnym optymistą.


Pomysł bardzo nam się spodobał.


A skoro coś sobie postanowiliśmy, należało przejść od słów do czynów.


Cel podróży:


Elmshorn, Szlezwik-Holsztyn, Niemcy.


Załoga?


Kompletna!


Żona.

Kiana.

Ja.


Oraz Osiełek — niezmordowany bohater poprzednich dwóch części naszej opowieści.


Nawigacja gotowa.


Walizki zapakowane.


A przed nami kolejny kawał Europy.


Rozdział V. Luksemburg — wielkie pieniądze i małe oszczędności

Ruszyliśmy z Woippy na północ.

Za kierownicą tym razem moja szanowna małżonka, a ja na fotelu pasażera. Tak, tak! Kapitan oddał stery!

Pierwszym interesującym krajem na naszej trasie był Luksemburg.

Państwo niewielkie, ale zamożne. Banki, fundusze inwestycyjne, instytucje europejskie i wielkie międzynarodowe interesy.

A pośród tego wszystkiego my — zwyczajna polska rodzina z Grądów, przemierzająca Europę poczciwym Osiełkiem.

Luksemburg ma pewną osobliwość: komunikacja publiczna w granicach kraju jest zasadniczo bezpłatna. Autobusy, tramwaje, pociągi drugiej klasy — wsiadasz i jedziesz.

Piękna sprawa!

Ale wyobraźcie sobie, że człowiek przysypia w pociągu i budzi się już w belgijskim Arlon. A dlaczego tam? Bo na przykład w Arlon, tuż przy granicy z Luxemburgiem jest ... IKEA.

A tam?

Koniec luksemburskiej darmowości! Na przejazd międzynarodowy trzeba mieć odpowiedni bilet.

„Panie konduktorze, ja tylko na chwilę zasnąłem!”.

„To trzeba było śnić w granicach Luksemburga!”.

Na szczęście my jechaliśmy samochodem.

I mieliśmy własny, bardzo praktyczny powód, żeby zatrzymać się w tym bogatym kraju.

Tankowanie!

Bo w Luksemburgu często można kupić paliwo taniej niż u sąsiadów.

I pomyśleć, że podczas gdy wielcy bankierzy obracają tutaj miliardami euro, ja cieszę się z kilku euro zaoszczędzonych na tankowaniu.

Każdy ma swoje interesy!

Osiełek dostał pełny bak i mogliśmy ruszać dalej.

Rozdział VI. Od rzymskiego Trewiru do bremeńskich muzykantów

Przed nami kolejne niemieckie autostrady. No może jedna - A1.

Najpierw okolice Trewiru, jednego z najstarszych miast Niemiec, pamiętającego jeszcze rzymskich cesarzy.

Jego słynna Porta Nigra, czyli Czarna Brama, stoi tam od niemal dwóch tysięcy lat.

Ciekawe, co powiedzieliby rzymscy legioniści na widok naszej KIA Sportage?

„Co to za rydwan bez koni?”.

„Spokojnie, panowie! Koreańska technika. Rocznik 2010. Dziewięćdziesiąt na tempomacie!”.

Potem okolice Kolonii i Leverkusen.

A skoro Leverkusen, to oczywiście Bayer!

Słynni „Aptekarze”, którzy w sezonie 2023/2024 zdobyli swoje pierwsze mistrzostwo Niemiec, nie przegrywając ani jednego spotkania ligowego.

Jako miłośnik piłki nożnej nie mogłem przejechać obok takiej historii obojętnie.

Dalej Dortmund, kojarzący się z Borussią i jej niezwykłymi kibicami. Potem Münster — miasto uniwersytetów i rowerów.

I wreszcie Brema.

A Brema natychmiast przywołała mi na myśl baśń braci Grimm o słynnych muzykantach.

Osioł, pies, kot i kogut.

Zaraz, zaraz...

Osioł i kot?!

Przecież my również mieliśmy na pokładzie Osiełka i Kianę!

Brakowało tylko psa i koguta.

Choć po doświadczeniach z czterema francuskimi srokami uznałem, że lepiej już nie organizować kolejnych międzygatunkowych spotkań.

Wystarczy nam jedna historia o kociej dyplomacji!

A tymczasem drogowskazy coraz częściej zapowiadały Hamburg.

Moje ukochane miasto.

I jego niekoniecznie ukochane korki.

Rozdział VII. Hamburg, czyli kapitan wraca na mostek

Hamburg!

Wolne i Hanzeatyckie Miasto Hamburg.

Wielki port, Łaba, mosty, kanały, statki i niezwykła atmosfera miasta, które od wieków żyje handlem i kontaktami z całym światem.

Uwielbiam Hamburg.

Naprawdę!

Ale jest pewna rzecz, której nigdy nie polubię.

Hamburskie korki!

Tym razem również nie zawiodły.

A właściwie zawiodły, i to na całej linii, bo zamiast jechać, chwilami po prostu staliśmy.

Samochody przed nami.

Samochody za nami.

Samochody z każdej strony.

Jakby całe Niemcy umówiły się właśnie tutaj na wielkie motoryzacyjne zebranie.

I teraz najciekawsze.

Przez niemal całą trasę z Woippy Osiełka prowadziła moja żona.

Spisywała się znakomicie.

Ja natomiast siedziałem wygodnie na fotelu pasażera i odkrywałem uroki oglądania świata z prawej strony samochodu.

Jako były policjant miałem oczywiście mnóstwo fachowych spostrzeżeń dotyczących ruchu drogowego.

Ale rozsądek podpowiadał mi, że nie wszystkie muszą zostać wypowiedziane na głos.

I bardzo dobrze!

Bo małżeńskie podróżowanie wymaga nie tylko sprawnego tempomatu, lecz również umiejętności zachowania milczenia we właściwym momencie.

Dopiero przed Hamburgiem nastąpiła zmiana kierowcy.

Ja przejąłem stery.

I co mnie spotkało?

Dalej korki!

Wyglądało na to, że los postanowił wynagrodzić żonie trudy wielogodzinnej jazdy, a mnie przypomnieć, że stanowisko kapitana wiąże się również z obowiązkami.

Moja ukochana dziewięćdziesiątka na tempomacie?

Zapomnijcie!

W tamtej chwili byłbym szczęśliwy nawet z trzydziestki.

A czasami z piętnastki!

Ale w końcu i hamburskie utrudnienia zostały za nami.

Przed nami Elmshorn.

A tam nasza Anna!

I oczywiście Charlotte, czyli Szarlotka, Grubcia, a dla pani weterynarz — Mysi Ząbek.

Czy tym razem kocia dyplomacja okaże się skuteczniejsza?

O tym przekonamy się już niedługo.


Rozdział XII. Elmshorn — coraz bliżej rodziny i krainy matjasów


Kiedy zostawiliśmy za sobą największe hamburskie utrudnienia, mogliśmy wreszcie skierować się ku Elmshorn.


Szlezwik-Holsztyn!


Północne Niemcy.


Kraina, gdzie morze, porty, ryby i dawne tradycje kupieckie są obecne w miejscowej kulturze na każdym kroku.


A niedaleko Elmshorn leży Glückstadt, miasto słynące z doskonałych matiasów.


Tak jest!


MATJASY!


Te delikatne śledzie, które na północy Niemiec traktowane są z prawdziwym kulinarnym szacunkiem.


My, Polacy, znamy oczywiście śledzie doskonale.


Z cebulką.

W oleju.

W śmietanie.

Po kaszubsku.


A na północy Niemiec matias jest niemal kulinarnym celebrytą.


I tak oto po francuskich serach, niemieckich bratwurstach i luksemburskim tankowaniu zbliżaliśmy się do krainy, gdzie również śledź potrafi być prawdziwą gwiazdą.


Jednak tym razem nie śledzie były naszym najważniejszym celem.


Ani nawet ukochany Hamburg.


Najważniejsza była Anna.


Nasza druga córeczka.


Bo właśnie do niej jechaliśmy.


Po przeszło dwóch miesiącach spędzonych we Francji z jedną córką postanowiliśmy odwiedzić drugą.


I powiedzcie sami, czy można wymyślić piękniejszy powód do przemierzania Europy?


A Kiana?


Cóż, zapewne nie zdawała sobie jeszcze sprawy, że zbliżamy się do miejsca, w którym mieszka jej stara znajoma.


Charlotte.


Szarlotka.


Grubcia.


Mysi Ząbek!


Czy czekało nas kolejne spotkanie na szczycie?


Czy obie damy wyciągną do siebie łapki na zgodę?


Czy może znów ogłoszą obowiązkowy dystans jednego metra?


Tego na razie nie zdradzę.


W każdym razie miałem nadzieję, że tym razem przynajmniej nie pojawią się cztery sroki.


Bo tego żadna dyplomacja by już nie wytrzymała!


Rozdział XIII. Glückstadt, czyli szczęście ma smak śledzia


W Elmshorn spędziliśmy jednak parę dni.


Cudownych dni u naszej kochanej Anny, w uroczym zakątku północnych Niemiec, gdzie człowiek zaczyna rozumieć, że do szczęścia nie zawsze potrzeba wielkich metropolii, egzotycznych plaż i palm kokosowych.


Czasami wystarczy rodzina, odrobina spokoju i świadomość, że całkiem niedaleko znajduje się miejsce, w którym potrafią przyrządzać śledzie jak nigdzie indziej.


Glückstadt!


Drodzy Czytelnicy, przyznam się bez bicia.


Kiedy dowiedziałem się, że będziemy przez kilka dni w Elmshorn, w mojej głowie niemal natychmiast pojawił się jeden konkretny plan.


Nie muzeum.


Nie galeria handlowa.


Nawet nie ukochany Hamburg!


Tylko Glückstadt.


A właściwie...


MATJASY!


Bo kto choć raz spróbował prawdziwych matjasów z Glückstadt, ten wie, że nie mówimy tutaj o jakimś zwyczajnym śledziu wyjętym z plastikowego wiaderka.

O nie!


Mówimy o śledziu, który przeszedł na wyższy poziom kulinarnej egzystencji.


Śledziu z charakterem.

Śledziu z tradycją.

Śledziu, dla którego warto przejechać kawał północnych Niemiec.


A nawet wcisnąć się do samochodu, który najwyraźniej został zaprojektowany dla ludzi o gabarytach znacznie skromniejszych niż moje.


Ale o tym za chwilę.


Picanto, czyli samochód szyty na miarę... nie moją!


Wyprawa została zaplanowana.


Jedziemy do Glückstadt!


Pozostawała tylko kwestia transportu.


Na podjeździe czekał nasz niezawodny Osiełek.


Wygodny.


Przestronny.


Sprawdzony na europejskich autostradach.


Samochód, który dowiózł nas już z Grądów do Francji, a potem przez Luksemburg i Niemcy aż do Elmshorn.


Krótko mówiąc — stary przyjaciel, na którego zawsze można liczyć.


I właśnie wtedy ktoś wpadł na pomysł:


— A może pojedziemy Picanto?


Picanto?!


Czyli małą KIA naszej córki.


Nie wiem, dlaczego się na to zgodziłem.


Naprawdę nie wiem.


Może zadziałał rodzinny autorytet.


Może atmosfera urlopowego rozluźnienia.


A może winne było przepyszne pszeniczne piwo Franziskaner Weissbier, po którym moja skłonność do dyskutowania o sprawach organizacyjnych wyraźnie osłabła.


W każdym razie decyzja zapadła.


Jedziemy Picanto.


Panie zajęły miejsca bez większych problemów.


A ja?


Ja stanąłem przed otwartymi drzwiami samochodu i zacząłem zastanawiać się, czy przypadkiem nie potrzebuję instrukcji składania pasażera.


Bo Picanto to bardzo sympatyczny samochodzik.


Zgrabny.


Zwinny.


Praktyczny.


Ale, na litość boską, czy ktoś pomyślał o człowieku mojego formatu?!


Wsiadanie przypominało próbę zapakowania dużego niedźwiedzia do pudełka po butach.


Najpierw jedna noga.


Potem druga.


Potem reszta człowieka.


I wreszcie rozpaczliwe poszukiwanie pozycji, w której kolana, brzuch i oparcia siedzenia nie musiałyby prowadzić negocjacji terytorialnych.


Przez chwilę pomyślałem, że najwygodniej byłoby podróżować na dachu.


Trochę wiatru we włosach, piękne widoki, swoboda ruchów...


Tylko niemiecka policja mogłaby mieć pewne zastrzeżenia.


Na szczęście jakoś się zmieściłem.


Nie pytajcie jak.


Powiem jedynie, że gdyby ktoś w tamtej chwili zrobił mi zdjęcie, producenci samochodów mogliby wykorzystać je w kampanii reklamowej pod hasłem:

„KIA Picanto — samochód, który zbliża ludzi. Czasami aż za bardzo!”.


A Osiełek?


Stał sobie spokojnie i zapewne myślał:


„No widzisz, szefie? Trzeba było jechać ze mną!”.


Miał rację.


Ale wizja matjasów była silniejsza.


Glückstadt — miasto, któremu szczęście zapisano w nazwie


W końcu dotarliśmy do Glückstadt.


Nazwa brzmi pięknie, prawda?


Glück — szczęście.


Stadt — miasto.


A więc po prostu Miasto Szczęścia!


I nie jest to bynajmniej nazwa przypadkowa.


Niewielkie, historyczne miasto nad dolną Łabą.


Port.


Urokliwe kamienice.


Spokojna atmosfera północnych Niemiec.


I oczywiście tradycje rybackie, dzięki którym ta miejscowość zdobyła wyjątkowe miejsce na kulinarnej mapie kraju.



Zresztą Glückstadt ma nawet własne święto matjasów!


Co roku w czerwcu organizowane są tutaj Glückstädter Matjeswochen — wielkie święto miejscowego przysmaku.


Muzyka, ludzie, portowa atmosfera i śledź w roli głównej.


Czyż to nie piękne?


W Polsce organizujemy święta pierogów, ziemniaków, truskawek i najróżniejszych innych specjałów.


A tutaj świętuje się śledzia!


I bardzo słusznie.


Bo dobry śledź na szacunek zasługuje.


Matjas, czyli arystokrata wśród śledzi


Czym właściwie jest matjas?


Bo przecież nie każdy śledź zasługuje na to dumne miano.


Matjasy przygotowuje się z młodych śledzi, odpowiednio tłustych i delikatnych, które nie osiągnęły jeszcze dojrzałości płciowej.


Właśnie dlatego ich mięso ma tak charakterystyczną strukturę i smak.


Tradycja pochodzi z Niderlandów, gdzie sztukę przygotowywania matjasów doprowadzono niemal do perfekcji.


Zresztą Holendrzy mają na punkcie śledzi prawdziwego bzika!


W ich kraju zjedzenie śledzia bywa niemal narodowym rytuałem.


Ale mieszkańcy Glückstadt wcale nie pozostają w tyle.


Miejscowe matjasy są delikatnie solone, dojrzewają według tradycyjnych metod, a ich przygotowanie jest prawdziwym rzemiosłem.


Najlepszy okres połowu śledzi przeznaczonych na matjasy przypada zasadniczo na koniec maja i czerwiec.


Właśnie wtedy rozpoczyna się wielkie śledziowe świętowanie.


Ale spokojnie!


Dzięki współczesnym metodom przygotowania i przechowywania dobre matjasy można kupić w Glückstadt także poza sezonem połowowym.


I całe szczęście.


Bo inaczej musiałbym dostosowywać wszystkie nasze rodzinne podróże do kalendarza śledziowego.


A przecież mam już wystarczająco dużo obowiązków z pilnowaniem dziewięćdziesiątki na tempomacie!


Uczta nad portem, czyli kulinarny odlot


No i wreszcie!


Dotarliśmy do restauracji przy porcie.


Usiedliśmy.


Spojrzałem na kartę.


I od razu wiedziałem, po co tutaj przyjechałem.


Matjasy!


Nie jakieś tam śledziki na zagryzkę.


Nie skromna porcyjka z cebulką, którą człowiek zjada w dwóch kęsach.


O nie!


Prawdziwa, północnoniemiecka uczta!


Na talerzu pojawiły się cudownie delikatne filety matjasów.


Do tego pieczone, rumiane ziemniaczki.

Jabłuszko.

Sałata.

Czerwona cebulka.

Śmietana.



Całość wyglądała tak apetycznie, że przez chwilę zastanawiałem się, czy wypada od razu zabrać się do jedzenia, czy najpierw powinienem wstać i wygłosić krótkie przemówienie na cześć kucharza.


Na szczęście rozsądek zwyciężył.


Wziąłem pierwszy kęs.


I...


Drodzy Czytelnicy!


Co to był za smak!


Połączenie tak doskonałe, że człowiek zaczyna zastanawiać się, czy aby na pewno powinno być dostępne bez specjalnego zezwolenia.


Powiedzieć, że było pyszne, to jak nie powiedzieć nic.


To była poezja!


Symfonia!

Kulinarny triumf!

A mówiąc językiem mniej dyplomatycznym...

Niebo w gębie!

Tak jest!

Drodzy Czytelnicy, przez chwilę miałem wrażenie, że moje kubki smakowe urządziły sobie własny festiwal. I to z orkiestrą, fajerwerkami oraz uroczystym przemówieniem na cześć kucharza!

Nie zamierzam udawać obojętnego wobec rzeczy, które naprawdę sprawiają mi przyjemność.

Bo dobry matjas z Glückstadt potrafi doprowadzić człowieka do takiego kulinarnego zachwytu, że na moment zapomina nawet o cenie rachunku.

A w moim przypadku to już naprawdę coś!

I nieważne, ile kosztuje.


No dobrze...


Może trochę ważne.


Bo tanio tutaj nie jest.


Ale są chwile, kiedy człowiek powinien odłożyć kalkulator i pozwolić sobie na odrobinę szczęścia.


Zwłaszcza w mieście, które ma szczęście w nazwie!


A do tego jeszcze piwo.

Znakomite, chłodne, pasujące do całej tej nadłabskiej uczty.


Po wcześniejszej przygodzie z Franziskanerem Weissbier zaczynałem podejrzewać, że północnoniemiecka gastronomia postanowiła ostatecznie przekonać mnie, iż człowiek nie powinien zbyt często odmawiać sobie drobnych przyjemności.


Siedziałem więc przy stoliku, spoglądałem na port, zajadałem matjasy i czułem się jak człowiek, który właśnie wygrał los na loterii.


Bo przecież można mieć wielkie pieniądze, luksusowe samochody i rezydencje z basenami.


Ale czy to wszystko zagwarantuje smak takiego śledzia?


Nie jestem pewien!


W każdym razie ja byłem szczęśliwy.


Bardzo szczęśliwy.


Aż przypomniał mi się tytuł jednego z filmów o Jamesie Bondzie.

„The World Is Not Enough”.

Świat to za mało!

Choć w tamtej chwili wystarczyłby mi jeszcze jeden talerz matjasów.


Powrót do rzeczywistości, czyli Picanto wciąż czeka


Niestety, każda wielka uczta musi się kiedyś skończyć.


Nawet w Glückstadt.


Zadowoleni, najedzeni i pełni wrażeń ruszyliśmy z powrotem do naszego samochodu.


I wtedy przypomniałem sobie pewien drobny szczegół.


Picanto!


A więc znów czekała mnie operacja składania człowieka do rozmiarów dopuszczalnych przez koreańskich konstruktorów.


Spojrzałem na ten maleńki samochodzik.


On spojrzał na mnie.


Przynajmniej tak mi się wydawało.


— No dobrze, przyjacielu — pomyślałem. — Skoro dowiozłeś mnie do matjasów, to jakoś wybaczę ci ten brak miejsca na nogi.


Zająłem swoje miejsce, czyli przestrzeń, którą producent zapewne przewidział dla przeciętnego pasażera, ale najwyraźniej nie konsultował tego ze mną.


I ruszyliśmy do Elmshorn.


Tym razem nawet nie narzekałem.


No, może odrobinę.


Bo przecież człowiek po takiej uczcie powinien móc spokojnie rozprostować nogi.

A nie próbować przypomnieć sobie, jak się właściwie siedzi.


Ale wiecie co?


Gdybym miał jeszcze raz wybrać między wygodą Osiełka a wycieczką Picanto do Glückstadt...


Pewnie znów wybrałbym matjasy.


Chociaż następnym razem najpierw sprawdziłbym, czy Osiełek przypadkiem nie jest wolny.


Rozdział XIV. Arboretum Ellerhoop, czyli zaczarowany ogród, Kijanka i pokój między kotami


Po naszej niezapomnianej uczcie śledziowej w Glückstadt doszedłem do pewnego niepokojącego wniosku.


Otóż człowiek nie może bezkarnie zajadać się matjasami, pieczonymi ziemniaczkami, jabłuszkiem, cebulką i śmietaną, popijać tego znakomitym piwem, a potem udawać, że nic się nie wydarzyło.


Wydarzyło się!


I to całkiem sporo.


Głównie w okolicach pasa od spodni.


Należało więc coś z tym zrobić.


Najlepiej trochę pospacerować, odetchnąć świeżym powietrzem i spalić przynajmniej część kalorii, które tak ochoczo zaprosiłem do swojego organizmu.


Bo jeśli nadal będę się tak odżywiał, to niedługo do KIA Picanto mojej córki trzeba będzie dokupić przyczepkę.


Nie na bagaże.


Na mnie!


A skoro Osiełek odpoczywał w Elmshorn, mogliśmy ruszyć na kolejną wycieczkę.


Tym razem nie po śledzie.


Tylko do ogrodu.


I to nie byle jakiego!


Kilkanaście kilometrów i jesteśmy w innym świecie.


Niedaleko Elmshorn, w niewielkiej miejscowości Ellerhoop, znajduje się miejsce, o którego istnieniu jeszcze niedawno nie miałem pojęcia.


Arboretum Ellerhoop-Thiensen.


Brzmi trochę naukowo, prawda?


Arboretum!


Słowo, które niektórym może kojarzyć się z uczoną rozprawą o drzewach albo z jakimś egzaminem z botaniki.


A tymczasem jest to po prostu niezwykły ogród botaniczny, w którym drzewa, krzewy, kwiaty i najróżniejsze roślinne osobliwości tworzą przepiękny, starannie zaprojektowany świat.


Kilkanaście kilometrów jazdy.


Dobra droga.


I oto jesteśmy!


Weszliśmy do środka.


A ja niemal natychmiast zapomniałem o śledziach.


Co, jak na mnie, jest wydarzeniem naprawdę niezwykłym.


Bo nagle znalazłem się w miejscu, które wyglądało, jakby ktoś zebrał najpiękniejsze ogrody świata, starannie wymieszał je z wyobraźnią artysty, dodał niemiecką dokładność i postanowił urządzić z tego wielką botaniczną bajkę.


Ależ tam było pięknie!


Niemiecka dokładność spotyka wyobraźnię ogrodnika.


Przyznam, że zawsze podziwiałem ludzi, którzy potrafią zaplanować ogród tak, aby zachwycał nie tylko w jednym miesiącu, lecz przez większą część roku.


Bo posadzić kilka kwiatków to każdy potrafi.

No, prawie każdy.

Ja na przykład potrafię również skutecznie zapomnieć o ich podlewaniu.


Ale stworzyć wielohektarowy ogród, w którym każda alejka prowadzi do kolejnej niespodzianki?


To już sztuka!


W Ellerhoop wszystko wydawało się przemyślane.


Wielkie rabaty kwiatowe.


Ogrody tematyczne.


Rozmaite gatunki drzew i krzewów.


Rośliny ozdobne, zioła, kompozycje barwne i zielone zakątki, w których człowiek natychmiast miał ochotę przysiąść i po prostu patrzeć.


Tu kwiaty.


Tam drzewa.


Jeszcze dalej kolejne kolory, zapachy i zupełnie inne krajobrazy.


I pomyśleć, że to wszystko na północy Niemiec!


Nie we Włoszech.

Nie na południu Francji.

Nie w jakimś egzotycznym kraju, gdzie słońce świeci przez jedenaście miesięcy w roku.

Tylko w Szlezwiku-Holsztynie!


Krótko mówiąc — Niemcy pokazali, że nawet z roślin potrafią zorganizować przedsięwzięcie na światowym poziomie.


I to bez ani jednego objazdu drogowego.


Lotosy, czyli kawałek Azji nad niemieckim stawem.


Jedną z największych osobliwości ogrodu jest jezioro lotosowe.


A właściwie powinienem napisać:

LOTOSOWE KRÓLESTWO!



Bo kiedy widzi się te ogromne liście, delikatne kwiaty i niezwykłą kompozycję zieleni oraz wody, trudno uwierzyć, że człowiek znajduje się w północnych Niemczech.


Lotosy kojarzą mi się raczej z Azją.


Z Indiami.

Z dalekimi ogrodami i świątyniami.

A tutaj proszę!

Ellerhoop!


Warto przy tym wiedzieć, że lotosy rosną tutaj również na otwartym jeziorze, a nie wyłącznie pod szkłem. Ich uprawa w takich warunkach to prawdziwy botaniczny sukces.


Obok można oglądać również ciekawe rośliny ciepłolubne, a cały ogród kryje kolejne niespodzianki związane z egzotyczną roślinnością.


Patrzyłem na to wszystko z autentycznym podziwem.


I przypomniało mi się, że jeszcze niedawno zachwycałem się górą soli Monte Kali.

Teraz zachwycałem się roślinami wodnymi.


Człowiek jednak w podróży stale odkrywa nowe zainteresowania.


Najpierw śledzie.


Potem kwiaty.


Ciekawe, co będzie następne?


Może zacznę zbierać znaczki pocztowe?


Wodny las, czyli Missisipi w Szlezwiku-Holsztynie


A potem trafiliśmy do miejsca, które szczególnie zapadło mi w pamięć.


Drzewa rosnące w wodzie!


Nie na brzegu.

Nie obok stawu.

Tylko tak, że ich korzenie znajdowały się w wodnym środowisku.


Wyglądało to niemal jak fragment tropikalnego lasu namorzynowego.


Przez chwilę byłem przekonany, że oglądam mangrowce.


Tymczasem ogród przedstawia tu niezwykły las wodny inspirowany rozlewiskami Missisipi.


Rosną w nim między innymi rzadkie drzewa tupelo wodne, przystosowane do życia w zalanym gruncie.


Coś niesamowitego!


Stoisz w północnych Niemczech, kilka kilometrów od Elmshorn, a przed oczami masz krajobraz przypominający mokradła dalekiej Ameryki.


Brakowało tylko aligatora.


Sekwoja, czyli drzewo, przy którym Osiełek wygląda jak zabawka


Ale prawdziwy szok czekał mnie jeszcze dalej.


Sekwoja!


A właściwie coś znacznie bardziej niezwykłego.


Wyobraźcie sobie ogromny pień drzewa, wyglądający tak, jakby przywieziono go prosto z amerykańskiego Parku Narodowego Sekwoi.


Olbrzym!

Potężna, rozłożysta podstawa.

Gigantyczna średnica.


I ten widok człowieka stojącego obok czegoś, co rozmiarami przypomina raczej fragment budynku niż drzewo.


Ale najciekawsza jest historia tego miejsca.



Otóż w Ellerhoop wykonano naturalnej wielkości rekonstrukcję dolnej części pnia słynnej kalifornijskiej sekwoi General Sherman.


Oryginał rośnie w Kalifornii i ma około dwóch tysięcy lat.


Jest jednym z najbardziej imponujących drzew na naszej planecie.


W Ellerhoop odtworzono jego pień do wysokości jedenastu metrów.


A wewnątrz tej ogromnej konstrukcji posadzono prawdziwą młodą sekwoję!


I to jest dopiero pomysł!

Drzewo rośnie sobie wewnątrz modelu własnego gigantycznego przodka, jakby ktoś chciał mu pokazać:

„Patrz, kolego! Tak możesz wyglądać, kiedy dorośniesz!”.


Co ciekawe, młode drzewo wcale nie jest już takim zupełnym niemowlakiem. W chwili posadzenia w tej niezwykłej konstrukcji, w 2013 roku, miało około czterdziestu lat.

A jednak przy rozmiarach oryginalnego General Shermana nadal wygląda jak dziecko.


Pomyślałem sobie, że oto mam przed sobą wspaniałą lekcję cierpliwości.


My, ludzie, chcielibyśmy wszystko szybko.


Szybko jechać.


Szybko zarabiać.


Szybko budować.


Szybko odpoczywać.


A taka sekwoja?


Rośnie sobie spokojnie przez setki lat.


Nigdzie się nie spieszy.


I osiąga rozmiary, przy których człowiek przestaje się wymądrzać.


Czyżby sekwoje też stosowały filozofię dziewięćdziesiątki na tempomacie?


Tylko w przeliczeniu na lata?


Może właśnie odkryłem botaniczną wersję motoryzacyjnego slow travel!


Bambusowy las i glicynie z bajki


Ale Ellerhoop nie zamierzało jeszcze kończyć pokazu swoich niezwykłości.

Przed nami pojawił się bambusowy zagajnik.


A właściwie mała bambusowa dżungla.


Człowiek wchodzi między wysokie zielone pędy i nagle ma wrażenie, że przeniósł się gdzieś na Daleki Wschód.


Jeszcze chwila, a zza krzaków wyjdzie panda.


Choć zapewne niemiecka panda miałaby odpowiednie zezwolenie, meldunek oraz starannie opracowany regulamin spożywania bambusa.


Nieopodal znajdowała się również przepiękna aleja glicynii.


Glicynie!

Te niezwykłe rośliny, których kwitnące grona potrafią zamienić zwyczajną alejkę w prawdziwy bajkowy tunel.


Aż chciałoby się zatrzymać czas.

Stanąć.

Popatrzeć.

Pooddychać.


I pomyśleć, że nie wszystko na świecie trzeba zdobywać, kupować albo gdzieś dojeżdżać w pośpiechu.


Czasami wystarczy powoli przejść się po ogrodzie.


I to właśnie jest największy urok takich miejsc.


Między Morzem Północnym a Bałtykiem


Zastanawiałem się też, jak to możliwe, że taki ogród powstał akurat tutaj.


Przecież jesteśmy daleko na północy Niemiec!


A jednak Szlezwik-Holsztyn ma pewną przewagę.


Z jednej strony Morze Północne.


Z drugiej Bałtyk.


A pomiędzy nimi kraina, na której klimat silnie wpływa bliskość mórz.


Zimy bywają stosunkowo łagodne, choć wiatr, deszcz i zmienna pogoda potrafią dać się we znaki.


Oczywiście sam klimat nie stworzy takiego ogrodu.


Do tego potrzeba jeszcze ludzi.

Pomysłowych.

Pracowitych.

Cierpliwych.

Takich, którzy rozumieją, że piękny ogród powstaje nie w jeden weekend, lecz przez wiele lat starannej pracy.


I właśnie za to ogromnie podziwiam twórców Arboretum Ellerhoop.

Za wyobraźnię.

Za wiedzę.

Za konsekwencję.

I za to, że stworzyli miejsce, do którego człowiek chce wracać.


Tymczasem na kocim froncie... zawarto pokój!


A skoro mowa o powrotach, muszę Wam jeszcze opowiedzieć, co wydarzyło się w Elmshorn z naszymi dwiema kocimi arystokratkami.


Pamiętacie francuskie spotkanie Kiany i Charlotte?


Te pełne napięcia spojrzenia?


Dystans jednego metra?


I cztery sroki, które niemal doprowadziły do zerwania stosunków dyplomatycznych?


Otóż w Niemczech sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.


Tym razem to Kiana znalazła się na obcym terytorium.


A wszędzie czuć było zapachy Szarlotki.


Jej domu.

Jej mebli.

Jej ulubionych miejsc.

Jej państwa!


Nasza perska cesarzowa najwyraźniej zrozumiała, że tym razem nie jest gospodynią.


I, o dziwo, straciła nieco swojego arystokratycznego rezonu.


Przycichła.


Uspokoiła się.


Zaczęła zachowywać się tak, jakby nagle odkryła, że na świecie istnieją również inne koty, posiadające pełnoprawne prawa własności.


A Mysi Ząbek?


No proszę!


Okazała się znakomitą gospodynią.

Potraktowała starszą ciotkę z należytym szacunkiem.

Nie było awantur.

Nie było pościgów.

Nie było wielkich demonstracji siły.


Co więcej, mogliśmy spokojnie wyjeżdżać z domu, zostawiając obie kotki pod jednym dachem.


I panował pokój!


PRAWDZIWY POKÓJ!


Bez mediatorów.

Bez błękitnych hełmów.

Bez nadzwyczajnych posiedzeń ONZ.

I przede wszystkim bez czterech srok.


Widocznie do podpisania kociego traktatu pokojowego potrzeba było nie wielkiej polityki, lecz zwyczajnej zmiany miejsca negocjacji.


Francja — fiasko.

Niemcy — sukces.


Może więc następnym razem obie damy spotkają się w Grądach?

Chociaż nie wiem, czy jestem gotowy na organizowanie u siebie kolejnego międzynarodowego szczytu.


Tak czy inaczej, wydarzenia w Elmshorn dobrze rokują na przyszłość.


A ja muszę przyznać, że Mysi Ząbek zyskała w moich oczach dodatkowe punkty.

Prawdziwa dama!


Wracam tu. I to nie raz!


Kiedy kończyliśmy spacer po Arboretum Ellerhoop, wiedziałem już jedno.


Ja tu jeszcze wrócę!


I to nie tylko raz.


Za każdym razem, kiedy będę odwiedzał Annę w Elmshorn, postaram się znaleźć czas na ten niezwykły ogród.


Bo pewne miejsca odwiedza się raz, ogląda, robi kilka zdjęć i wykreśla z podróżniczej listy.


A są też takie, do których chce się wracać.


O różnych porach roku.

Przy innym świetle.

Wśród innych kwiatów.

Bo przecież ogród żyje.

Zmienia się.

Wiosną wygląda inaczej niż latem.

Latem inaczej niż jesienią.

I za każdym razem może pokazać coś nowego.


Przyznam się Wam jeszcze do czegoś.


Trochę zazdroszczę mieszkańcom tych okolic.


Takiego miejsca niemal pod domem!


Kilkanaście kilometrów i można przenieść się do prawdziwie zaczarowanego świata.


Śledzie z Glückstadt?


Owszem, przepyszne.


Ale dobrego śledzia można przecież kupić także gdzie indziej.


Nawet jeżeli nie będzie smakował dokładnie tak samo.


Natomiast takiego ogrodu nie da się zapakować do słoika, zabrać do bagażnika Osiełka ani przywieźć do Grądów.


Niestety!


Choć gdyby się dało, zapewne próbowałbym.


Drodzy Czytelnicy!


Jeśli będziecie kiedyś w okolicach Hamburga, Elmshorn czy Pinnebergu, zapamiętajcie nazwę:


ARBORETUM ELLERHOOP-THIENSEN.


Zajrzyjcie tam.


Pospacerujcie.

Popatrzcie.

Zwolnijcie.


Bo nie tylko za kierownicą warto czasami jechać dziewięćdziesiątką.

W życiu również dobrze jest od czasu do czasu zwolnić i zobaczyć, ile piękna rośnie tuż obok nas.


A ja?

Ja po śledziowej uczcie odzyskałem trochę kondycji, zobaczyłem jeden z najpiękniejszych ogrodów, jakie dane mi było odwiedzić, i dowiedziałem się, że nawet dwie skłócone kotki potrafią dojść do porozumienia.


Czy można chcieć więcej?


Można!


Ale najpierw należałoby sprawdzić, czy po tym spacerze zrobiło się trochę więcej miejsca w Kijance.


Bo do domu w Grądach wciąż mieliśmy kawał drogi!


Epilog. Śledzie zjedzone, koty pogodzone. Czas na skok do Polski!

No i tak oto dobiegł końca kolejny etap naszej europejskiej włóczęgi.

Z francuskiego Woippy, przez Luksemburg i niemieckie autostrady, dotarliśmy do Elmshorn. Do naszej Anny.

Były rodzinne spotkania, ukochany Hamburg i jego mniej ukochane korki, była niezapomniana uczta śledziowa w Glückstadt i zaczarowany ogród w Ellerhoop.

Była również Picanto, do której ledwo się zmieściłem, choć — o dziwo! — wszystkie matjasy zmieściły się we mnie bez najmniejszego problemu.

I wreszcie wydarzył się prawdziwy cud dyplomatyczny!

Kiana i Charlotte, czyli nasz kochany Mysi Ząbek, zawarły pokój.

Czego chcieć więcej?

No cóż...

Może jeszcze kilku dni u naszej córeczki.

Ale czas, jak wiadomo, ma pewną paskudną właściwość. Kiedy człowiekowi jest dobrze, pędzi jak szalony. Zupełnie inaczej niż ja, gdy siedzę za kierownicą Osiełka.

Nasza niemiecka przygoda powoli dobiegała końca.

I choć naprawdę żal było wyjeżdżać, gdzieś tam, daleko na wschodzie, czekały już na nas moje ukochane Grądy.

Nasz dom.

Nasze znajome kąty.

I ta szczególna przyjemność, której nie zastąpi żaden hotel, nawet najwygodniejszy.

Przyjemność powrotu do siebie.

A więc, drodzy Czytelnicy, szykujemy się do ostatniego etapu!

Osiełek dostanie pełny bak i należny mu przegląd przed drogą. Walizki znów wylądują w bagażniku. Kiana zajmie miejsce w swoim podróżnym apartamencie, a my pożegnamy Annę i jej Mysiego Ząbka.

Przed nami wielki skok do Polski!

My pojedziemy po staremu.

Spokojnie, rozsądnie, bez wyścigów.

Dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę.

Aż do Grądów.

Bo wiecie co?

Świat jest piękny. Europa pełna cudownych miejsc, ciekawych ludzi i znakomitych śledzi.

Ale nawet po najwspanialszej podróży nadchodzi chwila, kiedy człowiek myśli:

„Wszędzie dobrze, ale w moich Grądach najlepiej!”.

I właśnie tam teraz zmierzamy.


Z podróżniczym pozdrowieniem — kierowca Osiełka, wielbiciel matjasów, opiekun perskiej championki i niezmienny zwolennik dziewięćdziesiątki na tempomacie.

CIĄG DALSZY NASTĄPI!

W części IV: Elmshorn – Grądy, czyli wielki powrót Osiełka do domu.

Komentarze

Popularne posty